Wrocławianka, zawodowy dżokej, zdobyła międzynarodowe uznanie. W tym roku w Hollywood, w słynnym Dolby Theater, tym samym gdzie odbywa się gala wręczenia filmowych Oskarów, przyznano jej główną nagrodę podczas HH Sheikh Mansoor Bin Zayed Al Nahyan Global Arabian Horse Flat Racing Festival. W Polsce nie każdy ją tak ceni. Powód? Jest kobietą. To, co mówią inni nie złamie jej charakteru, bo wie o co walczy. O wyścigi,
o siebie.

 

Joanna Chmielewska, słynna autorka kryminałów, m.in. „Wyścigów” i bywalczyni Toru Służewieckiego, twierdziła, że życie bez namiętności jest nic nie warte. Miała rację?

Natalia Hendzel: Myślę, że tak. Bez tego jest pusto.

 

Co jest pani namiętnością?

Konie, wyścigi – to mój życiowy priorytet, bez tego nie wyobrażam sobie funkcjonowania.

 

Kiedy zaczęła pani ten priorytet budować?

Paradoksalnie nie ciągnęło mnie do koni. Kiedy miałam 9 lat koleżanka, która już jeździła, namówiła mnie na wizytę w stajni na Partynicach. Pogłaskałam, przytuliłam konia, na którym uczyła się jeździć i obudziła się we mnie chęć, żeby spróbować. Tak trafiłam do rekreacji. Przez kolejne sześć lat próbowałam prawie każdej dyscypliny, były i skoki i ujeżdżenie, aż znowu któregoś dnia znajoma ze stajni wyścigowej zaprosiła mnie na tzw. przejażdżki. Zostałam tam miło przyjęta i dostałam propozycję przychodzenia do stajni regularnie, jako amator. Jako 16-latka zdałam licencję wyścigową i zaliczyłam swój pierwszy start i od razu drugie miejsce. W następnym wyścigu zajęłam pierwsze. Czułam, że trafiłam na swoje powołanie.

 

Nie boi się pani ścigać?

Boje się. Chyba nie ma jeźdźca, który wsiada na konia i nie boi się o siebie. To bardzo urazowy sport. Widziałam wiele niebezpiecznych sytuacji, sama na własnej skórze doświadczyłam ich. Zdarzyło mi się nie raz przewrócić z koniem na treningu i w czasie wyścigu. Któregoś razu podczas rutynowej przejażdżki spadłam z konia, który odwrócił się w moim kierunku i kopnął mnie. Na szczęście zasłoniłam twarz otwartą dłonią i miałam złamany tylko palec. Innym razem zostałam „wkomponowana” w ścianę w stajni, kiedy chciałam opatrzyć koniowi ranę. Klacz wycelowała we mnie z dwóch zadnich nóg jednocześnie. Każdy jeździec, który przeżył coś takiego zaczyna odczuwać racjonalny strach, robi się czujniejszy. Można powiedzieć, że strach wpisuje się w profesjonalne podejście do tego sportu.

 

Jak się przygotowuje konia do wyścigu?

Konie arabskie przychodzą do stajni w wieku 3 lat, zupełnie bez doświadczenia. A konie pełnej krwi angielskiej w wieku 2 lat. Każde są pomału zajeżdżane, przyjmują siodło, ogłowie, przyjmują jeźdźca. I jeżeli to się powiedzie, zaczyna się trening kondycyjny dopasowany do wieku i możliwości konia. Gdy mają skończone 2 lata, zaczynają biegać wyścigi i już później im bardziej jest koń zaawansowany, tym bardziej ten trening staje się trudniejszy.

 

Jakich metod używa pani do tego, by na przykład przyzwyczaić takiego „dzieciaka” do osprzętu? Jest czas na stosowanie metod jeździectwa naturalnego?

Nie, zupełnie nie. W stajni wyścigowej jest np. 40-50 koni i tylko kilku pracowników. Nie mam czasu na spokojną i długą pracę z koniem. Konie muszą przyjąć pewne reguły i niektóre z nich akceptują je bardzo szybko i bez oporu. I niektóre oczywiście są trudniejsze w nauce i trzeba trochę siłą, trochę sposobem przekonać je do współpracy. Czasami nawet zdarza się, że do konia trzeba podejść bardziej agresywnie. Jeśli nie akceptuje długo ogłowia, to rozpinamy je na części i w częściach je zakładamy, wiążemy sznurki za uszami konia, żeby szybciej ogłowie przeciągnąć w dwie lub trzy osoby. Na początku konie są zajeżdżane tylko w stajennym korytarzu, jeździec jest w siodle, a druga osoba trzyma konia. Kiedy to się udaje, zaczyna się praca konia i jeźdźca na zewnątrz.

 

 

Od nie tak dawna jest pani nie tylko zawodowym, utytułowanym dżokejem, ale także matką. Po całym dniu czy tygodniu pracy z końmi i na wyścigach, gdy wraca pani do syna do domu, staje się pani inną kobietą? Wchodzi pani w inną rolę?

Bardzo ciężko jest połączyć kobiecie pracę dżokeja z rolą matki. Zwłaszcza jeśli mam dwa domy, a jednym z nich są…Partynice. Bardzo często wyjeżdżam, zostawiam rodzinę w domu. Muszę myśleć o pracy fizycznej nad sobą, o kondycji, odpowiedniej wadze. I właściwie dużo jest wyrzeczeń na mojej drodze. Bycie dżokejem to codzienne mierzenie się z oczekiwaniami trenera, właściciela konia, swoją ambicją. Nie chcesz nikogo zawieźć ani rozczarować siebie samej. Na koniec dnia, w domu nie czuję się tak, jakbym wróciła po ośmiu godzinach pracy w biurze, tylko jakbym wróciła z długiej wyprawy. A w domu też trzeba być w 100 procentach dla dziecka, dla partnera…

 

A dla siebie?

Nie jestem. Od kiedy pojawił się syn, nie mam czasu dla siebie i bardzo mi go brakuje. Chciałabym czasem odreagować stres, spotkać się z przyjaciółmi, wyjść do kina. Wyścigi dają psychicznie w kość…

 

Kiedy najbardziej?

Kiedy wyścig nie pójdzie. Kiedy w jakiegoś konia oprócz nadziei trener i właściciel włożyli dużo pracy i pieniędzy i nic. Moment, gdy zjeżdżam z toru i widzę niezadowolone twarze, słyszę za plecami komentarze: „taki dobry koń, jeździec zepsuł, źle pojechał”, wbija mi się w głowę, w serce. Nie raz słyszałam też przed startem głosy: „a, Hendzel jedzie, to nie ma co stawiać na tego konia”.

 

 

I jak to pani przyjmuje?

Dość ciężko. Wiadomo, to są przykre sytuacje.

 

Podcinają skrzydła?

Tak, na przykład, jeżeli pracuję z końmi na co dzień i znam je na wylot i nie startuję na nich w wyścigu, bo taka jest decyzja, że pojedzie inny dżokej, to jest to bardzo przykre. Myślę, że to są niefajne rzeczy, które w tej pracy, niestety, są normalnością. Dzisiaj właściciel wsadzi ciebie, jutro kogoś innego, a pojutrze jeszcze kogoś innego. Albo trener zmieni zdanie, bo tu pojechałaś tak, a tu nie miałaś siły jechać… A każdy chciałby mieć szansę startowania na dobrych koniach. Czasami wydaje mi się, że zbyt szybko przykleja się dżokejom łatkę dobrego albo złego zawodnika. To ułamki sekund decydują o tym czy wygrywasz czy przegrywasz.

 

O czym pani myśli w blokach startowych?

O mecie. O tym, żeby niczego nie zepsuć, wytrwać do końca, mieć siłę.

 

Jak wygląda pani rozmowa z trenerem tuż przed rozpoczęciem wyścigu?

Rzeczowo. Dostaję dyspozycje, jak mam przeprowadzić konia na torze. Jeżeli koń jest szybki, to zazwyczaj słyszę, że mam się trzymać w środku stawki, żeby się za szybko nie wygalopował , a swoje 100 procent pokazał na finiszu. Jeśli jadę na koniu „ciągłym”, to dyspozycja jest, żeby jechać z przodu, bo koń jedzie jednym tempem. Jeśli jadę na wolnym, to najważniejsze jest, by dobrze przyjąć start i jechać ile się da.

 

Zula Szchweitzer-Wirska, słynna dżokejka porównywała wyścigi do łodzi pirackiej, na której płyną same zabijaki. Jednak było to dla niej miejsce, w którym jak nigdzie czuła moc przysłowia: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Podobnie pani to widzi?

O tym jak było kiedyś na wyścigach krążą legendy. I chyba takich wyścigów już nie ma. Jest gra fair play, nikt nie postępuje złośliwie, żeby zyskać na czyimś niepowodzeniu, ale nie jest to też tak wyraźne braterstwo. Raczej skoncentrowanie na celu i na obowiązkach.

 

Pamięta pani swój setny wyścig, który dał pani tytuł dżokeja?

Tak, to była ogromna radość. Jechałam na ogierze Great Gatsby. Kiedy brakowało mi już tylko tego jednego wyścigu, każdego konia dosiadałam podekscytowana i zastanawiałam się czy to z nim osiągnę ten wyższy pułap i przestanę być byle kim, a zacznę być doświadczonym jeźdźcem.

 

Mam wrażenie, że zanim osiągnęła pani oficjalny tytuł dżokeja, nie miała pani zbyt dużo pewności siebie. Co wpływało na jej zachwianie?

Ten drugi wyścig ─ walka o bycie lepszym, w której nagrodą jest dosiadanie konia. Nie zawsze właściciele koni chcieli, żebym to ja jechała. Woleli posadzić kogoś innego.

 

Mężczyznę?

O, tak, to zawsze jest punktem wyjścia.

 

I co pani w takich sytuacjach robi? Odwraca się na pięcie i myśli sobie: jeszcze tego pożałujecie?

Nie, nie ma we mnie już takiej zawiści i złości. Czuję wtedy bezsilność i jest mi źle z tym, że wzmacnia się przekonanie, że mężczyzna dżokej zawsze jest lepszy od kobiety-dżokeja.

 

A myśli pani, że mężczyzna faktycznie ma dużo większą przewagę?

Są dżokeje i lepsi i gorsi i nie ma w tym reguły. Oczywiście mężczyzna może mieć więcej siły, ale wielokrotnie byłam lepsza od mężczyzn i to takich z większym doświadczeniem. Czuję się słabsza od mężczyzn, ale wiem że nie zawsze o siłę chodzi w zwycięskim wyścigu, czasem bardziej o taktykę i podejście. I sama też nie wyrywam się, jakbym była pierwsza w klasie i nie mówię właścicielom koni, że to ja jestem lepsza, to ja mam więcej siły. Tego się nigdy nie da przewidzieć ani zmierzyć jednoznacznie. To jest loteria, ale kiedy jest porażka, to winnego łatwo znaleźć.

 

I to mówi osoba z nagrodą HH Sheika Fatima Bint Mubarak Darley (Ladies) International Awards, która wręczana jest w Hollywood najlepszym zawodowym jeźdźcom i która jest uhonorowaniem kobiet związanych z wyścigami na koniach arabskich. Jak pani się czuła, kiedy dostała to światowe wyróżnienie?

Jak się dowiedziałam o nominacji do tej nagrody, to bardzo się cieszyłam, że zostałam doceniona jako dżokej i jako kobieta i że…

 

Zamkną się usta niektórym hejterom?

Tak. Zawsze, kiedy wygrywam, myślę sobie, że może nie jestem aż taka słaba, jak się niektórym, np. tutaj na Służewcu, wydaje.

 

A jak doszło do tej nominacji?

Dostałam wiadomość z Polskiego Klubu Wyścigów Konnych, że zostałam przez nich zgłoszona do konkursu. Później dowiedziałam się, że trzeba będzie spakować walizki, bo mam zaproszenie na galę do Hollywood. Niestety nie zdążyłam otrzymać wizy do Stanów Zjednoczonych. Nie poleciałam. Zamiast mnie pojechał prezes klubu i to on w moim imieniu odebrał nagrodę.

 

 

Czyli znów pojawił się gdzieś krok przed panią mężczyzna… Lepiej jest rywalizować z mężczyznami czy z kobietami?

Z mężczyznami. Kobiety są bardziej zawistne.

 

A czy istnieją prawdziwe przyjaźnie w tym sporcie?

Wydaje mi się, że raczej nie.

 

Pani trener, Michał Borkowski, powiedział, że ma pani dobrą rękę do koni, które lecą…

No właśnie… Wiem, że Michał nie miał nic złego na myśli, pracujemy ze sobą wiele lat i współpraca układa się nam bardzo dobrze.

 

Mieliście dwa razy przerwę w tej współpracy. Co to były za momenty?

Raz wyjechałam do Janowa Podlaskiego na rok do pracy, tak po prostu z czystej ciekawości, chciałam spróbować czegoś innego. A druga przerwa, to mój urlop macierzyński.

 

Wiadomość o ciąży była przełomowym momentem w życiu?

Momentem paniki. Nie byłam jeszcze przygotowana na taką zmianę. Wiadomo, jak jest się sportowcem to nigdy nie jest właściwy moment na rodzinę. Zawsze tę decyzję się przekłada. Zła byłam wtedy. Czułam się załamana, że nie będę mogła jeździć, że będę musiała być na ziemi. Trochę czasu minęło, zanim pogodziłam się z tą myślą, że będę matką. Nie mogłam odnaleźć się w obowiązkach, które na mnie spadły. I choć miałam i mam pomoc od rodziców, zwłaszcza mamy, która jest z zawodu pielęgniarką, to ciągle czułam, że nie ma we mnie euforii, tylko poczucie odpowiedzialności. To chyba był rodzaj depresji…

 

I teraz jak to macierzyństwo pani ocenia?

Zmieniła się moja perspektywa. Zrozumiałam, że całe życie nie będę dżokejem, że nie będę tak sprawna jakbym ciągle miała dwadzieścia parę lat, że nigdy nie wiem kiedy może się coś wydarzyć, co przekreśli moją sprawność i dalsze starty, a zawsze będzie ze mną mój syn. Cieszę się, że pojawił się w moim życiu. Jest mi dobrze z tym, że już jedną metę mam zaliczoną i nikt mi tego zwycięstwa nie podważy. Mam rodzinę i choć nie jest mi łatwo wszystko ze sobą godzić, to czuję że tak, jak jest- jest dobrze.

 

Czy powrót w siodło był trudny?

Nie. Nie mogłam się tej chwili doczekać. Urodziłam w sierpniu, a już na koniec września siedziałam w siodle. Jak weszłam do stajni, to już z niej nie chciałam wyjść. Miałam cesarskie cięcie i ranę na brzuchu. Lekarze kazali czekać z tym powrotem, żeby uniknąć przepukliny, ale tęsknota była silniejsza. Cieszyłam się, że wróciłam do swojej autonomii sportowca…

 

Któregoś dnia zacytowała pani w mediach społecznościowych Jana Pawła II. „Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje w swoim życiu swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o która nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować (…)” Co jest pani Westerplatte?

Tor, po którym się ścigam… Konie. Jestem dumna z mojego Westerplatte. Z tego, że doszłam do tego miejsca i że mnie stąd już widać.

 

Jak wygląda pani standardowy dzień w stajni i obowiązki?

Przychodzę rano na szóstą, moim zadaniem jest w stajni rozwieszanie przejażdżek, czyli planuję kto na jakim koniu codziennie będzie jeździł. Średnio jest tych przejażdżek około ośmiu. Później jest karmienie koni, po karmieniu są prace pielęgnacyjne przy koniach. Kiedyś wychodziłam ze stajni ostatnia, dziś pierwsza. Jadę odebrać synka od niani.

 

Czy pani też obstawia na wyścigach?

Nie. Nie umiem grać w konie. Próbowałam nie raz, ale nigdy mi to nie wychodziło. Nigdy nie udało mi się nic wygrać. Chociaż i z perspektywy trybuny i z perspektywy siodła liczy się na wyścigach taktyka i często emocje biorą górę, to jednak są to zupełnie różne odcienie tych doświadczeń.

 

Publiczność pani nie rozprasza? Patrzy pani w ich stronę?

Już teraz nie. Na początku przyglądałam się wszystkiemu, jak nowej rzeczy. Teraz jestem skupiona na swoim działaniu.

 

Które wyścigi są dla pani najważniejsze z dotychczasowych w karierze?

Wszystkie wygrane starty na ogierze Fazzie Al Khalediah i ubiegłoroczne zwycięstwo na moim ulubieńcu wałachu czeskiej hodowli, Rekim (najdłuższa gonitwa płaska na Służewcu, Sac-a-Papier). Z tego zwycięstwa miałam szczególną satysfakcję. Bardzo dobrze znam tego konia i wierzę w niego od początku. A w tej gonitwie niestety nie oceniono go jako konia na właściwym miejscu, spodziewano się porażki. Ta wygrana była dla mnie ukoronowaniem moich przekonań i pracy. Kolejnym szczytem będzie wygrana w derbach na koniu pełnej krwi angielskiej. Zobaczymy. Trudno mi powiedzieć czy trener mnie wystawi.

 

Myśli pani, że wciąż jest oceniania, sprawdzana przez trenera?

Sądzę, że chciałby dać mi konia na derby, ale zadecydują właściciele.

 

W jaki sposób radzi pani sobie z tą presją i stresem? Tabliczka czekolady wchodzi w grę?

Też, zdarza się.

 

 

Co jeszcze?

Raczej wszystko w sobie duszę.

 

Jeśli pani dusi takie rzeczy w sobie, to one później w jakiś sposób musza wykipieć. Kiedy i gdzie się to dzieje?

Czasem w domu. Obrywa się mojemu partnerowi.

 

A jakieś inne sposoby, bardziej humanitarne?

Nie, nie praktykuję.

 

To musi być bardzo wyrozumiały mężczyzna…

Przywykł do tego i zrozumiał dlaczego czasem tak mogę reagować. Mam poczucie, że w pewnym stopniu rozumie mój świat. Jest związany z jeździectwem, choć sam nie jeździ. Myślę, że kiedy dowiedział się, że jestem dżokejem, zrobiło to na nim pewne wrażenie. Poznaliśmy się w stajni, zupełnie przypadkiem, ale właśnie na moim… Westerplatte.

 

Jakie są pani najbliższe plany zawodowe?

Na pewno czekają mnie ważne wyścigi na Fazzie Al Khalediah, w tym roku nagroda Europy, która jest za ponad sto tysięcy złotych, także to jest dość ogromna kwota.

 

Słyszę presję.

Słusznie. Tam już będą naprawdę dobre konie. On też jest bardzo dobry, jest koniem, który jeszcze nie przegrał w swojej karierze ani jednego wyścigu. I tu jest kolejne źródło presji. Nikt nie chce, żeby Fazz przegrał, w końcu w jednym z ostatnich wyścigów zwyciężył o 17 długości. Ten koń to klasa. Zaskoczył nas. Na początku na Partynicach, kiedy zaczynał, patrzyliśmy na jego kolejne sukcesy z lekkim marginesem nieufności, ale z każdym startem ten margines znikał.

 

Po zakończeniu wyścigów ma pani jakieś rytuały?

Jeden. Idę do stajni. Dziękuję koniom, sprawdzam jak się czują.

 

Wiem, że ma pani też swojego konia…

Tak, jest u nas w treningu, ma dwa lata. To koń pełnej krwi, z polskiej hodowli. Liczę, że któregoś dnia na nim wystartuję. Ciekawe, jaką wtedy poczuję presję…

 

I jaką radość! Właściciel nie będzie w tym przypadku miał nic do gadania.

Tak, to będzie coś nowego!

 

 

Rozmawiała: Kalina Gierblińska