Czysty sport. Co kryje się za tym hasłem? Czy patrząc na działania Międzynarodowej Federacji Jeździeckiej FEI można jeszcze w tę czystość uwierzyć? Odpowiedź znajdziesz poniżej.

 

Czym jest sport? W ujęciu bardziej klasycznym to pokojowe współzawodnictwo indywidualne lub zespołowe prowadzone zgodnie ze znanymi i ogólnie akceptowanymi zasadami. Jedną z tych zasad, określoną nieco później niż sięgają korzenie sportu, jest zasada „Fair play”, czyli zasada czystości gry. Zasada czystości sportowego współzawodnictwa.

Jej genezy szukać jednak możemy w czasach antycznych. W swojej pierwotnej wersji dotyczyła ona etyki prowadzenia wojen. W czasie kiedy wszelkie działania wojenne były zawieszane i rywalizacja przenosiła się na stadion Igrzysk Olimpijskich ich uczestnicy i sędziowie składali przed pomnikiem Zeusa przysięgę. Przysięgali, że przestrzegać będą ustalonych reguł współzawodnictwa i nie będą się uciekali do podstępu, ani nie będą wykorzystywali słabości rywala w celu wygrania współzawodnictwa.

Podobne zasady obowiązywały w średniowiecznym Kodeksie Rycerskim.

Co dzisiaj zostało nam z tego etosu sportowo-rycerskiego? Jaki jest współczesny sport?

Na pierwsze pytanie odpowiedź zdaje się być stosunkowo prosta:

Z pięknego etosu czystości antycznego współzawodnictwa sportowego została nam garść frazesów dla „tłumu” i szemrane interesy czy interesiki sportowych decydentów.

Odpowiedź na pytanie drugie zbyt trudna też nie jest:

Współczesny sport został przesiąknięty komercją. Olimpijskie motto: Citius-Altius-Fortius, czyli szybciej, wyżej, mocniej brzmi dzisiaj nieco szyderczo. Można by śmiało zamienić je na: Magis-Magis-Magis, czyli więcej, więcej, więcej!

Niestety, sportowe jeździectwo, z którym los zetknął mnie 40 lat temu nie wyłamuje się z tego stereotypu.

 

Stopniowanie "łotrostwa"

O naprawdę „dziwnych” przypadkach w FEI dotyczących zdobycia olimpijskiego awansu w jeździectwie słychać nie od dzisiaj czy wczoraj. Na ogół jednak dowiadujemy się o nich lub dopuszczamy do swojej świadomości wtedy, kiedy działania te dotkną jakiegoś reprezentanta kraju, który był o krok od zdobycia biletu na Igrzyska Olimpijskie, ale dzięki decyzjom podejmowanym w FEI tak się nie stało.

Na internetowej stronie Świata Koni pisaliśmy przed IO Rio 2016 o „cudownych” przejazdach ukraińskiej zawodniczki ujeżdżenia Inny Logutenkovej na zawodach rozegranych w belgijskiej miejscowości Lier (choć takich dziwnych startów tej amazonki było więcej).

Ukrainka walczyła o drugie miejsce w olimpijskiej Grupie C z naszą reprezentantką, Beatą Stremler. W jednym przypadku, kiedy te amazonki walczyły ze sobą na tych samych zawodach Polka była wyraźnie lepsza od ukraińskiej rywalki. Na zawodach w Lier, na które nie wpuszczono naszej reprezentantki, Ukrainka uzyskała na swoim podstawowym koniu wynik pozwalający jej na wyprzedzenie Beaty Stremler. Po wielkim oburzeniu światowego środowiska ujeżdżeniowego jakie wywołało sędziowanie na tych zawodach FEI unieważniło wynik Inny Logutenkovej uzyskany w jednym konkursie na jej drugim koniu, Fleraro. Co do sędziowania jej przejazdów na podstawowym koniu Don Gregorius FEI zastrzeżeń nie wniosło. Jako powód unieważnienia nieistotnego z punktu widzenia walki o olimpijski awans przejazdu podano „nacjonalistyczne sędziowanie” dwóch pań z Ukrainy: Mari Dzhumadzhuk (Level 4) oraz Iryny Shulga (Level 3, asystent SG Ukraińskiej Federacji Jeździeckiej).

Pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że całkowicie niesportowe działania w sprawie Inny Logutenkovej nie przyniosły oczekiwanego efektu. Niestety nie dlatego, że zatriumfowała sprawiedliwość czy idea sportu. Przeciwnie. Okazało się, że w łotrostwie też są stopniowania.

„Pompowanie” wyników Ukrainki pozwoliło jej co prawda na wyprzedzenie Beatay Stremler, ale doprawdy „dziwnym zrządzeniem losu” Polkę i Ukrainkę wyprzedziła rosyjska zawodniczka Inessa Merkulova startująca na koniu Vosk.

Stało się to możliwe dzięki rozegranym w lutym 2016 roku zawodom w Moskwie. Zawodom, gdzie do startu dopuszczono tylko rosyjskie zawodniczki oraz jedną amazonkę z Białorusi. Wystawione na tych zawodach noty budzą w środowisku niesmak do dzisiaj. Ale przyniosły oczekiwany efekt.

Zapewne, gdyby nie fakt, że sprawa dotyczyła walki o prawo startu na Igrzyskach Olimpijskich naszej reprezentantki nie mielibyśmy o tych niesportowych praktykach bladego pojęcia.

 

„Dzieci gorszego Boga”

Minęły cztery lata i co zmieniło się przed kolejnymi Igrzyskami Olimpijskimi, tym razem rozgrywanymi w stolicy dalekiej Japonii, w Tokio?

Niestety chyba dużo. Niestety też, zmiany te nie poszły w dobrą stronę.

W 2016 roku FEI „przymknęła oko” na pozasportowe działania w kwestii zdobywania punktów w olimpijskim rankingu dzięki nieuczciwemu sędziowaniu. Czy w czasie minionych 4 lat cokolwiek się w tej materii zmieniło?

Niestety, odpowiedź na to pytanie nie może być twierdząca. Nie może, bo w dalszym ciągu FEI, niczym dziewica wstydliwie „odwraca wzrok” na nienaturalne wprost wzrosty formy i co za tym idzie, i dziwnie wysokie oceny niektórych zawodników.

Jednak, jak znowu mogliśmy się przekonać za sprawą zaangażowania w walkę o bilet do Tokio naszego reprezentanta, w sprawie olimpijskich kwalifikacji do Igrzysk Olimpijskich Tokio 2020 w konkurencji skoków przez przeszkody to sama FEI zainicjowała „olimpijski przekręt”.

W systemie olimpijskich kwalifikacji bez względu na jeździecką konkurencję olimpijską cały świat został podzielony na 7 grup, począwszy od A i na G kończąc. Narodowe federacje jeździeckie z Europy Centralnej i Europy Wschodniej wraz z Azją Centralną zostały przypisane do olimpijskiej Grupy C.

To stały, od lat obowiązujący podział.

Jednak z nieznanych ogółowi i niezrozumianych całkowicie powodów, FEI pod koniec 2018 roku zdecydowało, że tylko w przypadku Grupy C dwa zespoły awansujące do Igrzysk Olimpijskich Tokio 2020  wyłonione zostanę w inny sposób. O awansie nie miały zdecydować wyniki konkursu Pucharu Narodów na specjalnych zawodach kwalifikacyjnych. FEI bez jakichkolwiek konsultacji z zainteresowanymi federacjami zdecydowało, że tylko w tej grupie zamiast jednych zawodów kwalifikacyjnych rozegrane zostaną dwa turnieje kwalifikacyjne. Zamiast więc prostej i czytelnej sytuacji, w której wszystkie zespoły z Grupy C walczą w tym samym konkursie i w takich samych warunkach, o dwa premiowane awansem olimpijskim miejsca, otrzymaliśmy sytuację, w której, w dwóch różnych miejscach, a więc w innych warunkach, walczono o jedno tylko w każdej lokalizacji miejsce premiowane biletem do Tokio.

Warto podkreślić, że rozwiązanie takie FEI zastosowało tylko w Grupie C, a więc dla narodowych federacji z krajów Europy Centralnej i Wschodniej oraz Azji Centralnej. Krajów od lat traktowanych przez FEI jak „dzieci gorszego Boga”.

Narodowe federacje jeździeckie z krajów przydzielonych do innych grup dalej mogły liczyć na bardziej sprawiedliwy i zgodny z duchem sportu model z jednymi zawodami kwalifikacyjnymi, w których dwie najlepsze w konkursie Pucharu Narodów ekipy premiowane są olimpijskim awansem.

Czym sensownym więc kierowali się decydenci z FEI dopisując do zgodnych z opublikowanymi wcześniej regulacjami zawodów kwalifikacyjnych dla Grupy C kolejną imprezę?

Szukając odpowiedzi na to pytanie należy cofnąć się do listopada 2018 roku, kiedy to podczas General Assembly FEI, jakie odbyło się w Bahrajnie. To tam w kuluarowych rozmowach niektórzy przedstawiciele „jeździeckich potęg” z Azji przypisanych do naszej olimpijskiej Grupy C (w jej skład wchodzą narodowe federacje z Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, Kazachstanu, Kirgistanu, Turkmenistanu) mocno narzekali, że przyjazd do Europy na zawody kwalifikacyjne jest dla nich bardzo uciążliwy. Uciążliwość ta wynika z międzynarodowych przepisów weterynaryjnych i konieczność odbywania przez ich konie kwarantanny.  

Wpływowe osoby z FEI pochyliły się nad problemem i obiecały pomóc w znalezieniu odpowiedniego rozwiązania.

Zostawmy jednak dalsze rozważania w tej kwestii, bo po pierwsze tą drogą nie ma raczej szansy na znalezienie merytorycznych przesłanek dla decyzji o stworzeniu wyjątkowego rozwiązania dla Grupy C. Po drugie, wrócę jeszcze do tej kwestii w podsumowaniu.

Są może wobec tego jakieś sportowe racje, które mogły przesądzić o słuszności tej decyzji? Niestety, trudno będzie takie racje znaleźć. A to dlatego, że decyzja ta, to wprowadzenie do systemu olimpijskich kwalifikacji drużynowych w konkurencji skoków przez przeszkody w Grupie C elementu loterii. Bo nakazanie narodowym federacjom z Grupy C by „w ciemno” zdecydowały, w którym miejscu chcą walczyć o jedno, premiowane olimpijskim biletem dla drużyny miejsce było typową loterią.

A ta związana jest z hazardem, a nie ze sportem.

Ciekawie też wygląda kalendarium w tej całej sprawie. Śledząc je jak na dłoni widać, że w FEI nie było spójnej koncepcji towarzyszącej tej zmianie. Że cała ta sprawa, to chaotyczny splot nieprzemyślanych, ad hoc podejmowanych decyzji.

Ale wróćmy do chronologii zdarzeń. Pod koniec 2018 roku zaczęto mówić w tak zwanych „kuluarach FEI”, że w drużynowych kwalifikacjach w konkurencji skoków przez przeszkody Grupy C rozegrane zostaną dwa turnieje kwalifikacyjne. Mniej więcej w lutym roku 2019 rozwinięto tę informację, podając w dokumencie QUALIFICATION SYSTEM – GAMES OF THE XXXII OLYMPIAD – TOKYO 2020 EQUESTRIAN - JUMPING, że zawody kwalifikacyjne rozegrane zostaną w Budapeszcie i w Moskwie. Termin imprezy w Budapeszcie był znany, bo organizatorzy tych zawodów zadbali wcześniej, zgodnie z regulacjami FEI, o wpis swojej imprezy do międzynarodowego kalendarza FEI. Z kwalifikacją w Moskwie był pewien problem, bowiem nie było tych zawodów wpisanych do kalendarza FEI. A jednak mimo tego, ktoś w FEI zadecydował, że właśnie w Moskwie odbędzie się dla Grupy C druga impreza kwalifikacyjna do IO.

Jednocześnie narodowym federacjom z Grupy C dano niezbyt dużo czasu na to, żeby zdecydowały czy zamierzają wystartować w stolicy Węgier czy w stolicy Rosji.

Potwierdzeniem braku koordynacji tych dziwnych działań jest fakt, że w dostępnych na internetowej stronie dokumencie FEI Regulations for Equestrian Events at the Olympic Games

jeszcze przez kilka miesięcy 2019 roku widniał zapis nieuwzględniający podziału Grupy C na dwie podgrupy: C1 i C2.

Decyzją Zarządu PZJ nasza ekipa skoczków swojej szansy na wyjazd do stolicy Japonii szukała w wyprawie do Moskwy. Efekt tej decyzji wszyscy znamy. O powodach nie będę teraz pisał, bo wszyscy zainteresowani wyłożyli już w tej kwestii swoje racje i nikt już chyba nikogo nie przekona do zmiany zdania.

Wróćmy więc do FEI. Co jej działanie w Grupie C ma wspólnego ze sportem? Dlaczego międzynarodowa instytucja sportowa posunęła się do tak sprzecznego z zasadą fair play (ponoć w dalszym ciągu w sporcie obowiązującą) postępowania?

Piszę o sprzeczności z zasadą równości szans i warunków rywalizacji, bo zmuszenie narodowych federacji Grupy C do wyboru zawodów w Budapeszcie lub w Moskwie bardziej przypomina zabawę w „rosyjską ruletkę” niż sportową walkę, w której wygrywa najlepszy.

Oczywiście nie ma co się spodziewać oficjalnej odpowiedzi FEI na postawione wyżej pytania. Tak na marginesie tej sprawy, nasza narodowa federacja jeździecka, członek FEI, czyli PZJ ich nie zadał. A szkoda. Może oni by jakąś odpowiedź dostali.

Być może pewną tylko odpowiedzią jest samo miejsce i kraj gdzie ulokowano dodatkowe zawody. Kraj bogaty i nie mający żadnych zahamowań przed stosowaniem zakulisowych, nieczystych i niehonorowych zachowań. 

 

Nagroda za nierzetelność

Zapoczątkowana kuriozalnym podziałem Grupy C sytuacja doprowadziła do tego, że życie pisząc swój samodzielny scenariusz odsłoniło kolejną „minę”, która zakopana była w obowiązujących regulacjach FEI od wielu lat.

Oto po tym jak okazało się, że zwycięska drużyna z Budapesztu, Ukraina, mówiąc najkrócej jak się da, nie zdołała do końca 2019 roku wypełnić minimów olimpijskich wymaganych przez FEI. Skutkiem tego nie była w stanie do końca ubiegłego roku wysłać do FEI Certificate of Capability.

I tutaj zadziałał dawno istniejący przepis, na który mało kto zwracał uwagę, bo nieczęsto awans do IO w skokach zdobywa drużyna, która przy tym nie daje rady wypełnić minimum olimpijskiego.

Otóż ten dawno istniejący zapis mówi o tym, że pierwsza drużyna w grupie, która z dowolnych powodów nie wystartuje na Igrzyskach (nieważne czy sama rezygnuje, czy na skutek niewypełnienia formalnych wymogów wypada z gry) nagradzana jest za to jednym miejscem z puli swojej grupy dla indywidualnych kwalifikacji. Jej miejsce na liście zakwalifikowanych do Igrzysk Olimpijskich zespołów zajmuje kolejna drużyna w rankingu konkursu Pucharu Narodów zawodów kwalifikacyjnych.

Być może w pewnych okolicznościach, kiedy sytuacja taka wynika z powodów losowych, niezawinionych przez taką narodową federację, taki ekwiwalent mógłby się jakoś obronić.

Ale tutaj mamy ewidentny przypadek, kiedy zawodnicy z Ukrainy nie wypełnili podstawowego obowiązku i co za tym idzie ich narodowa federacja jeździecka nie mogła wypełnić swojego obowiązku wobec FEI.

Jednak zamiast jakiejś kary FEI nagradza nierzetelność, dając na otarcie łez coś, co musi zabrać komuś, kto rzetelnie, w pocie czoła i z poszanowaniem zasad fair play walczył i zdobył w końcu swoją nagrodę.

Jak można było coś takiego wymyślić? Gdzie jest tutaj elementarna uczciwość tego systemu?

Przyjrzyjmy się bliżej przypadkowi Wojciecha Wojciańca. Oto sumienny i pracowity zawodnik wspomagany swoim zdeterminowanym w osiągnięciu sukcesu (czytaj awansu do Igrzysk Olimpijskich Tokio 2020) sponsorem, pierwszą część sezonu podporządkowuje walce dla polskiej drużyny.

Niestety, do drużynowego awansu polskiego zespołu nie doszło. Jednak niezależnie od tego, kto w tej sprawie najbardziej zawinił, to nie był to żaden z polskich zawodników. Wojciech Wojcianiec wspierany przez sponsora nie załamali jednak rąk i sporo energii, potu na treningach i podczas startów oraz wiele środków finansowych sponsora przeznaczyli na pracowite zbieranie punktów do olimpijskiego rankingu Grupy C. Nagrodą jest dla nich drugie miejsce w indywidualnym rankingu olimpijskim Grupy C. Miejsce premiowane awansem …

Niestety, FEI przyznając indywidualne miejsce Polaka federacji ukraińskiej pokazało naszemu reprezentantowi „środkowy palec”. Powiedziało zawodnikowi i jego sponsorowi: mamy w głębokim poważaniu wasz trud i wysiłek, wisi nam to ile w to drugie miejsce, w indywidualnym rankingu Grupy C włożyliście pracy i pieniędzy, my tu mamy swój interes lub interesik, który dla nas jest ważniejszy od was. Wasz ciężko wypracowany olimpijski awans damy komuś, kto nie zdobył nawet połowy waszych punktów. Zrobimy tak, bo po pierwsze tak zapisaliśmy w przepisach, a po drugie i najważniejsze, zrobimy tak, bo tak chcemy.

Sytuacja niczym w kultowym polskim filmie w reżyserii Stanisława Barei pod tytułem „Miś”: no dobra, nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi?

Ano nic nie zrobi.

A teraz o samej zasadzie cesji kwalifikacji zespołowej w przypadku braku możliwości olimpijskiego startu ekipy, która je zdobyła. Przekazanie kwalifikacji kolejnej w rankingu drużynie wydaje się ze wszech miar uczciwe i zgodne z duchem sportu i fair play.

Ale akurat w tym przypadku dotknęło to sytuacji w Grupie C, gdzie „macherzy” z FEI wymyśli w jednej grupie zawody kwalifikacyjne w dwóch miejscach.

W tym konkretnym przypadku za ekipę Ukrainy do Tokio pojedzie drużyna czeska. Drużyna, która w konkursie kwalifikacyjnym w Budapeszcie zajęła II miejsce z wynikiem końcowym 58 punktów karnych.

W drugich zawodach kwalifikacyjnych w Grupie C, w tych rozegranych w Moskwie nasza ekipa też zajęła II miejsce. Miejsce niby takie samo, ale z wynikiem łącznym 17 punktów karnych.

Jak to się ma do sportu?

Ano nijak. Można powiedzieć, że jesteśmy sobie sami winni, bo pojechaliśmy do Moskwy, a nie do Budapesztu. Jednym słowem, trzeba było mocniej albo słabiej zakręcić bębenkiem rewolweru, to jego iglica uderzyłaby w pustą komorę. Zakręciliście bębenkiem, iglica trafiła na pełną komorę i wyszło tak, że „palnęliście sobie w łeb”. Mieliście pecha.

Ja jednak zadaję pytanie: dlaczego FEI włożyło nam do rąk rewolwer i kazało kręcić bębenkiem, a potem walnąć sobie w łeb? W imię czyich interesów?

Bo polskie jeździectwo, a więc nasza narodowa federacja jeździecka nie miała w tym żadnego interesu.

Sport i zasada fair play w tym też nie miała żadnego interesu.

 

A zatem kto zyskał?

Sport z pewnością stracił. Może zyskali jacyś „dygnitarze” w FEI, którzy kupili przed kolejnym General Assembly kilka głosów z azjatyckich federacji?

A może to tylko efekt trywialnej mocy bliżej nieokreślonych kwot wpłaconych na to czy tamto konto?

Z pewnością nigdy nie będzie nam dane rozstrzygnąć tych pytań. Nie wiem nawet, czy warto by o to zabiegać. Wiem jednak, że jestem chory patrząc teraz na uśmiechnięte facjaty Ingmara de Vos, prezydenta FEI czy Johna P. Roche, dyrektora Biura odpowiedzialnego za skoki przez przeszkody. Panowie niemożliwe jest, żebyście nie byli świadomi tego o czym napisałem tutaj. Niemożliwe jest, żebyście nie mieli świadomości w sposobie zdobywania punktów w olimpijskim rankingu Grupy F przez Ahmeda Sabera Hancho z Syrii i Ibrahima Hani Bisharata z Jordanii oraz w Grupie G przez Mathildę Karlsson startująca w barwach Sri Lanki.

A jeśli jednak o tym nie wiedzieliście, to oczywistym jest, że nie powinniście dalej zajmować swoich stanowisk.

Chyba zacznę wołać jak czynił to ćwierć wieku przed naszą erą Marcus Porcius Cato:

Ceterum censeo Karthaginem delendam esse. (Poza tym uważam, że Kartaginę należy zniszczyć) i zawołam na cały głos Ceterum censeo FEI delendam esse (Poza tym uważam, że FEI należy zniszczyć). Bo to Wasze FEI jest za bardzo skomercjalizowane i za dużo w nim „polityki” a za mało sportu.