O indywidualnej kwalifikacji olimpijskiej, lub bardziej w efekcie finalnym jej braku, polskiego zawodnika skoków przez przeszkody, Wojciecha Wojciańca, można by napisać nie tylko krótkiego newsa, ale z pewnością całkiem grubą książkę.

 

Z pewnością jednak wielkim problemem by było odpowiednie jej zakwalifikowanie. Siłą rzeczy bowiem, książka taka musiałaby uplasować się gdzieś pomiędzy znanymi gatunkami. Być czymś z pogranicza twórczości epickiej i dramatu, czasami trącić nieco liryką. Musiałaby pewnie zawierać elementy historii płaszcza i szpady z bohaterem walczącym z przeciwnościami, horroru z ciemną siłą knującą przeciw awansowi Polaka do IO i political fiction z niezbadaną do końca machiną FEI, gdzie stykają się i ścierają ze sobą przeróżne interesy i wzajemne zależności.

Problemem z jej napisaniem jest też z pewnością to, że nie bardzo wiadomo jakie miałoby być jej zakończenie. Czy powinno być ono dla polskiego skoczka zgodnie z klasyką horrorów mroczne i negatywne, czy może powinno wprowadzić sielankowy element rodem z romansów, gdzie „ i żyli długo i szczęśliwie” zawsze wieńczy nawet największe problemy?

 

Szukając tego zakończenia zwróciliśmy się z pytaniem co wiadomo w tej sprawie do najbardziej chyba zainteresowanego, Wojciecha Wojciańca, który po operacji kolana przechodzi właśnie etap rekonwalescencji.

 

Wojtku, czy nie nadwyrężymy Cię zbytnio w trakcie rekonwalescencji jednym pytaniem?

Oj nie przesadzajmy. Po operacji kolana czuję się nawet względnie dobrze. W domu chodzę już nawet bez kul i zgodnie z zaleceniami powolutku ćwiczę nogę i wdrażam kolejne etapy mojej rekonwalescencji. Jeśli więc pytanie nie będzie zbyt trudne lub wymagające zbyt długiej odpowiedzi, to powinienem sobie z tym poradzić.

 

Spróbujmy zatem, może uda się wpasować z pytaniem. Co wiadomo w sprawie Twojego potencjalnego startu olimpijskiego podczas przesuniętych na ten rok Igrzysk Olimpijskich?

Oj, to bardzo proste pytanie, a odpowiedź będzie z pewnością bardzo krótka (śmiech). Otóż odpowiedź brzmi: nic. (śmiech)

 

To już wszystko? Naprawdę? Nic nie wiesz co dalej?

Tak bardziej już poważnie, to wszystko co wiem na pewno. Są jakieś plotki słyszane to tu, to tam. Jedne mówią, że mam pewny wyjazd do Tokio, inne za chwilę, że przeciwnie, nie jadę. Potem znowu jadę. Absolutnie tego nie słucham i nie będę się do takich niesprawdzonych informacji w żaden sposób odnosił. Szkoda mojego czasu i nerwów na takie zabawy. To co wiem na dzień dzisiejszy, to jestem pierwszym rezerwowym i jeśli Ukraina nie wystawi żadnego swojego zawodnika, to do Tokio pojadę. I tego się trzymam.

 

No tak, to wiemy wszyscy. No może nie wszyscy, ale wszyscy ci, co interesują się Twoim olimpijskim startem. Liczyłem jednak, że będąc żywo zainteresowanym wiesz więcej. Tak nie jest?

Owszem, tak nie jest. Wiem to, co wynika z oficjalnych komunikatów. Jak powiedziałem, plotkami się nie zajmuję i nie będę ich komentował. Śledzimy to, co pojawia się w komunikatach FEI. Nic nowego na temat warunków olimpijskich kwalifikacji do Tokio 2021 w nich nie ma. Nie otrzymałem też w tej sprawie żadnej indywidualnej korespondencji z FEI, MKOl czy PKOl. Zgodnie z podanymi warunkami powtórzyłem w ubiegłym roku kwalifikację olimpijską na Chintablue. Było to w konkursie GP zawodów w Pradze. Mogę więc już ze spokojem czekać na dalszy rozwój wypadków.

 

No właśnie. Mając zaliczone „minimum olimpijskie” z 2019 roku na dwójce koni, musiałeś jednak je potwierdzić na przełożone Igrzyska Olimpijskie. To samo minimum okazało się jak dotąd barierą nie do pokonania dla jakiegokolwiek reprezentanta Ukrainy. Nie obawiasz się, że jednak w końcu Ukraińcy to zrobią?

To czy zawodnikowi Ukrainy uda się wypełnić minimum, to nie moje zmartwienie. Niech się tym martwią w ukraińskiej federacji jeździeckiej. Ja mam na głowie moją rehabilitację i powrót do jazdy. Nie chcę się przy tym nadmiernie spieszyć z jednej strony, a z drugiej, nie chcę też przegapić momentu, w którym mogę poważniej wrócić do pracy i obciążać kolano w większym stopniu. Kiedy się z tym uporam, to zajmę się kolejnymi etapami przygotowania do tegorocznego sezonu. Takimi jak próba zakwalifikowania do IO Naccorda. A przypomnę tylko, że potrzebne są do tego celu zawody co najmniej 3-gwiazdkowe. Jak prześledzić kalendarz, to nie jest ich wcale tak dużo. Wielu organizatorów już w zeszłym roku redukowało koszty organizacji imprez, zmniejszając ich budżet wszędzie tam, gdzie się tylko dało. Pozbawieni wpływów z biletów organizatorzy imprez rozgrywanych bez widzów muszą przecież szukać oszczędności gdzie się da. Najbardziej oczywistym jest chyba zmniejszenie wielkości premii finansowych dla najlepszych jeźdźców. To jednak oznacza zmniejszenie ilości gwiazdek i co za tym idzie utrudnienia w zagrywaniu koni. Jak choćby w przepadku IO. Muszę poza tym myśleć jakby dwutorowo. To znaczy zaplanować tegoroczne przygotowania i starty tak, żeby uwzględnić potencjalny wyjazd do Tokio oraz tak, jakby tego wyjazdu nie było. Ale ja nie lubię tak daleko wybiegać w przyszłość i „gdybać”. Wszystko musi się dziać w odpowiedniej kolejności. Czyli w tej chwili najważniejsza jest dla mnie odpowiednia i szybka rehabilitacja. Jak to się zakończy pomyślnie, zajmę się kolejnym krokiem. 

 

Nie usłyszymy dzisiaj nic o jakiś terminach pośrednich w Twojej drodze do Tokio?

Nie, na pewno nie. Możemy wrócić do tego tematu kiedy coś się pojawi w oficjalnych komunikatach.

 

Dziękując za rozmowę życzę szybkiego powrotu do zdrowia i spełnienia w 2021 roku wszystkich ambitnych zamierzeń

Nie podziękuję, żeby nie zapeszyć (śmiech). Zawsze chętnie porozmawiam ze Światem Koni jak będzie o czym rozmawiać.