Ryzyko wystąpienia kontuzji dotyka przede wszystkich wszystkich, którzy wykonują prace fizyczną lub wykazują inną aktywność fizyczną, jak choćby uprawianie jakiegoś sportu. 

W przypadku jeździectwa ryzyko to dotyczy w równym stopniu konia co i jego jeźdźca.
O końskich kontuzjach i problemach z tym związanych pisaliśmy już wielokrotnie.
Tym razem zapraszamy do lektury krótkiej rozmowy z jeźdźcem, który po poważnej kontuzji udanie powrócił do sportu na bardzo wysokim poziomie, czyli rozmowy z Maksymilianem Wechtą:

Wróciłeś po poważnej kontuzji do startów i znowu prezentujesz bardzo wysoki poziom nie tylko na polskich hipodromach. Czy możesz przypomnieć co się stało?

Oczywiście. Wiosną ubiegłego roku pojechałem do Włoch, żeby zgodnie z wcześniej opracowanym planem przygotować się do otwartego sezonu na zawodach w Arezzo. Dzień przed pierwszymi startami na tym turnieju chciałem troszkę pojeździć moje konie. London okazał się akurat tego dnia troszkę „za dziki” lub jak ktoś woli „za świeży” co skończyło się moim upadkiem z konia. Nie miałem szans by się na nim utrzymać. To raczej nic nadzwyczajnego, nie był to ani pierwszy, ani pewnie ostatni mój upadek z konia. Ot, zdarza się każdemu, kto siada na konia. Upadek jednak okazał się dosyć przykry jeśli chodzi o jego skutki. Wylądowałem na lewą nogę i w efekcie końcowym zerwałem więzadło krzyżowe. Kontuzja była na tyle poważna, że nie mogłem myśleć o jakiejkolwiek jeździe konnej bez operacji. Od razu wróciłem do Polski i poddałem się w Poznaniu operacji, która miała na celu zabezpieczenie mojego kolana przed dalszą dewastacją. Usunięto mi fragmenty zniszczonego więzadła i łękotek. To był przecież początek sezonu otwartego. Dzięki temu, po krótkim okresie rekonwalescencji mogłem myśleć o tym, żeby dokończyć sezon jeżdżąc w ortezie. Miałem przecież ważne starty przed sobą, jak choćby Mistrzostwa Europy. Wiedziałem jednak, że to jest rozwiązanie prowizoryczne i muszę z kolanem zrobić coś konkretnego. W grudniu ubiegłego roku, po zawodach Cavaliada w Poznaniu operacyjnie uporządkowałem sprawę mojego kolana. Była to dosyć poważna i inwazyjna operacja. Zrekonstruowano mi więzadło krzyżowe z fragmentu ścięgna. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że zakończyło się to sukcesem. Co prawda czekał mnie półroczny okres rehabilitacji bez jazdy konnej, ale warto było. Niemniej jednak musiałem poszukać kogoś, kto będzie jeździł moje konie za mnie. Oczywiście nie na wszystkie. Los jednak szczęśliwie postawił w tej sytuacji na mojej drodze belgijskiego zawodnika Jana Vinckiera. Startował on na moich koniach oprócz Boliwii i Londona, bo chciałem, żeby odpoczęły. Wszystko ułożyło się na tyle dobrze, że zaczęliśmy razem współpracować. Po prostu widząc efekty jego pracy na moich koniach chciałem kontynuować to jako współpracę trenerską. I tak jest do dzisiaj. Efekty widać. Dalej się dobrze dogadujemy. Mam więc nadzieję, że uda nam się to dosyć długo ciągnąć.

W ubiegłym roku, w ramach inicjatywy Europejskiej Federacji Jeździeckiej, Akademia Młodego Jeźdźca uzyskałeś możliwość 2-tygodniowego treningu z uznanym szkoleniowcem. Kontuzja jednak uniemożliwiła Ci „konsumpcję” tej możliwości. Do dzieje się dalej w tej sprawie?

Zgadza się. Nie mogłem wykorzystać tej szansy. Ale nic straconego. Jestem w stałym kontakcie z organizatorami tej cennej inicjatywy i zamierzam swoją szansę wykorzystać.

Dlaczego nie stało się w tym sezonie? Czy nie będzie miał problemu z przeniesieniem tego na przyszły rok?

Jak powiedziałem jestem w stałym kontakcie z koordynatorem. Nie jest to jednak taka prosta sprawa. W sezonie trzeba uzgodnić pasujący termin nie tylko dla mnie, ale również dla potencjalnego, uznanego w świecie zawodnika, z którym miałbym trenować. Kalendarz zawodników jest bardzo napięty, więc znalezienie kompromisu nie zawsze jest takie szybkie. To jedna kwestia. Druga to fakt, że zaproponowano mi listę potencjalnych osób a ja podałem swoją listę, czyli nazwiska zawodników światowego formatu, z którymi chciałbym pracować. Na mojej liście znaleźli się 10 zawodnik w Longines Rankings, Ludger Beerbaum i 14 na tej liście, Rolf-Göran Bengtson. U organizatora jednak nastąpiły jakieś perturbacje z przepływem informacji, bo długo nic nie było słychać i dosłownie teraz, na dniach, otrzymałem propozycję współpracy z 17 aktualnie zawodnikiem w Longines Rankings, Marco Kutscherem. Oczywiście odpowiedziałem, że jak najbardziej i proszę o wskazanie wolnych terminów, w których mogę się do niego zgłosić. Nie chcę w tej chwili niczego konkretnego ogłaszać, bo jeszcze nie dopięliśmy wszystkich szczegółów. Ale na dzień dzisiejszy to są te trzy możliwe opcje. Jak to się skończy zobaczymy. W każdym razie myślę, że realizacja nastąpi w początkach przyszłego 2016 roku. Myślę o lutym lub marcu.

A jakie są Twoje najbliższe plany startowe?

W tej chwili jesteśmy po zawodach w Austrii. Nie starowałem Londonem tylko na 9-letnim Cassilio. Ogier spisał się bardzo dobrze. W konkursie Grand Prix miał jedną zrzutkę. Troszeczkę z mojej winy. Zawody były jednak bardzo udane. Młodym koniem wygrałem jeden konkurs, w innym w rozgrywce miałem troszkę pecha. Prosto z Austrii jedziemy do Budapesztu na dwie gwiazdki. Tam wystartuje już Londonem. Będzie tam rozgrywany konkurs kwalifikacyjny do Pucharu Świata naszej ligi oraz dwa konkursy zaliczane do Longines Rankings.

Czy zamierzasz powalczyć o punkty do rankingu Pucharu Świata?

Mam w tej klasyfikacji jakieś drobne punkty, które udało mi się złapać w Lesznie. Myślę, że akurat Puchar Świata nie jest moim priorytetem w tym sezonie. Zgodnie z wcześniejszymi założeniami, w tym roku priorytet miały inne starty. Oczywiście punkty w tej kwalifikacji mogą się przydać w odniesieniu do kwalifikacji konkursów Grand Prix podczas zawodów dedykowanych do Pucharu Świata w naszej lidze. Jednak jednym startem w Budapeszcie nie zdarzę do zawodów Cavaliada w Poznaniu znacząco poprawić swojej pozycji w tym rankingu. Ważniejsze będzie dla mnie w Budapeszcie łapanie punktów do Longines Rankings. Wracając do moich planów na najbliższe starty, to po Budapeszcie planuję dwugwiazdkowe Leszno innym zestawem koni oraz tydzień później Cavaliada. Mam też dobrą dla mnie wiadomość, bo otrzymałem informację, że przyjęto mnie na trzygwiazdkowe zawody we Frankfurcie, które będą rozgrywane w terminie 16 – 20 grudnia 2015 roku. To bardzo dobrze na ogół obsadzane zawody z poważnymi nagrodami. W konkursie Grand Prix jest do wygrania samochód marki Mercedes-Benz. To tyle jeśli chodzi o tegoroczne starty. Po przerwie świątecznej rozpoczniemy przyszły rok jakimiś zawodami rangi 2 gwiazdek w Niemczech. Potem Lublin i Torwar i dalej sezon według nowego planu.

Dziękuje za rozmowę i życzę spełnienia wszystkich zamierzeń.

Ja również dziękuję.