Grzegorz Kubiak - Dziwny ze mnie gość

Iga Gierblińska | 5 lutego 2018

Grzegorz Kubiak - Dziwny ze mnie gość

Po sześciu kwalifikacjach HPP w skokach przez przeszkody w kategorii seniorów na czele stawki w dalszym ciągu znajduje się Grzegorz Kubiak. Czy ten doświadczony, wielokrotny złoty medalista Mistrzostw Polski zdoła wystartować w Finale HPP-B jako lider? Czy zakończy na tej pozycji cały cykl? Zanim najbliższe tygodnie przyniosą odpowiedzi na te pytania przypomnijcie sobie sylwetkę tego ciekawego jeźdźca w archiwalnym Dużym Wywiadzie.

REKLAMA

reklama

O swoim życiu mówi, że to improwizacja. Jest zawodowym jeźdźcem, z bogatym doświadczeniem, a na pewno z długą listą zwycięstw. Medali z samych Mistrzostw Polski zebrał aż 11. Najważniejszy z nich, swoista złota przepustka do jeździeckiego świata, za którą stoi najwięcej pracy, zdobył w 1985 roku. Ma za sobą doświadczenie, o którym marzy dziś każdy jeździec, czyli start na igrzyskach olimpijskich. I choć w Atenach nie zdobył żadnego wyróżnienia, a gazety pisały o porażce zawodnika, dziś z podniesionym czołem mówi, że nie żałuje tego przejazdu i potrafi trzeźwo i bez grymasu ocenić swoje ówczesne przygotowanie. Jest mężem, ojcem dwóch synów, zresztą również jeźdźców, trenerem. Zapytany o siwy włos, wzrusza ramionami i odpowiada z naiwnością chłopca: Przecież nie będę ich farbował. Tę rozmowę próbował kilkakrotnie przerwać. Długo kazał się o nią prosić. Omijał odpowiedzi szerokim „najazdem”, aż w końcu każde z pytań przeskoczył. W jakim stylu? Zapraszam na wywiad z Grzegorzem Kubiakiem.

Grzegorz Kubiak: Nie lubię gadać. Mówię dużo, ale na treningach.

A tutaj nie ma koni, nie ma treningu, to znaczy, że nic mi Pan nie powie?

Powiem pani, że ludzie za dużo mówią.

Pustych słów?

Też. Kłamią, próbują coś udowodnić, mówią bez sensu. Takich ludzi wolę nie słuchać.

Mówi Pan o Polskim Związku Jeździeckim?

Nie, mówię generalnie o ludziach, których spotykam czasami na swojej drodze. A z PZJ nie mam żadnych kontaktów. Nie chcę rywalizować o miejsce w kadrze. Robię swoją robotę. Los tak sobie upodobał, że rzuca mnie w miejsca, gdzie samemu trzeba coś stworzyć. Ciągle buduję coś od nowa, ale sprawia mi to frajdę, mimo że na początku jest trudno, szczególnie kiedy trzeba zacząć od ułożenia młodych koni. Wtedy pierwsze trzy, cztery lata są najcięższe, ale jednocześnie ten czas jest jedyny w swoim rodzaju. Ta praca bywa bardzo przyjemna, mimo że nie przynosi od razu namacalnego wyniku. Dopiero kiedy koń ma osiem czy dziewięć lat, przychodzą większe radości. Podobnie jest w przypadku uczenia młodych jeźdźców, właściwie jeszcze dzieci. Kształci się wtedy nie tylko sportowca, ale też albo przede wszystkim człowieka. Uczy się go spostrzegania świata, a nie wyłącznie jazdy konnej.

I na jakie sprawy zwraca Pan uwagę swoim uczniom?

Na to, żeby sobie pomagali, żeby nie robili zamieszania wokół własnej osoby. Najważniejsze, żeby nie uderzyła im woda sodowa do głowy.

Wczoraj Pan wrócił z zawodów w Katowicach. Co to były za konkursy?

Dla dzieci, startowały tam moje uczennice w wieku 13-14 lat. Dla jednej z nich to był debiut. Powalczyły dziewczyny, jechały na czysto, wyróżniały się, robiły dobre wrażenie. Za dwa tygodnie mamy Puchar Polski. Lubię to robić, mam z tego olbrzymią satysfakcję. Dziewczyny pytają mnie, jak mogą wygrać, więc jak miałoby mi nie być miło? Staram się znaleźć na to odpowiedź.

A Pan pamięta, jak dzieckiem był, pamięta Pan swoje podwórko w Bogusławicach?

To cały czas bardzo bliskie mi wspomnienia. Miałem wielu kolegów, teraz każdy poszedł w swoją stronę. Była nas spora gromadka chłopaków na tym podwórku i różne rzeczy strzelały nam do głowy, ale nikt wtedy na złą drogę nie schodził i nikt nikomu nie szkodził.

A dom?

Mieszkaliśmy w bloku, rodzice mieszkali w czworaku, a kiedy się urodziłem, akurat oddawali w stadzie ogierów nowe bloki. Właściwie prosto z tego ośrodka zdrowia w Wolborzu, gdzie się urodziłem, pojechałem do nowego domu. Rodzice dbali o nas jak mogli. Konie były za oknem, widziałem je ze swojego pokoju i można powiedzieć, że cała ta przygoda z jeździectwem zaczęła się od takich obserwacji zza firanki. Potem stopniowo zacząłem zbliżać się do koni, siadałem na barierkach i znów obserwowałem starszych zawodników, czasem pogłaskałem konia. Z czasem jeźdźcy pozwalali mi przytrzymać wierzchowca, wsiąść na stępa. A później była już szkółka, ujeżdżenie i WKKW. Po dwóch latach treningów jeździłem już Mistrzostwa Polski Juniorów w WKKW. Bogusławice były kiedyś mocnym klubem. Prowadził nas pan Marek Skrzypczyk. To były fajne czasy, a stajnia była drugim domem. Trener był dla nas jak ojciec. Umiał pochwalić i skarcić, ale tak żeby człowiek zastanowił się nad tym, co się stało. Dyrektor stada, Andrzej Osadziński ,był dla nas jak patron. Sam nie miał dzieci i tę ojcowską opiekę przelewał na nas, robiąc wszystko, żebyśmy mieli jak najlepsze warunki do uczenia się jeździectwa. Myślę, że ten okres stawiam sobie za wzór, jeśli chodzi o trenowanie dzieciaków.

Mówi Pan w liczbie mnogiej. Kto był w pańskiej ekipie?

Był Andrzej Staniaszek, Zbyszek Januszewski, Paweł Gierczak, Zbyszek Ogórek, mój młodszy brat, Bogdan. Wszyscy z nich mieli medale Mistrzostw Polski. To była zgrana paczka, chociaż były spięcia.

O co? O dziewczyny?

Nie, z nimi to sobie każdy jakoś radził. Spięcia były o konie. Byliśmy pochłonięci rywalizacją, ale zawsze się kumplowaliśmy na 100%. Do dziś mamy kontakt, mimo że nie wszyscy są w Polsce, nie wszyscy przy koniach. Jak się uda nam spotkać, to wspominamy to wszystko…

To Pan pierwszy zapoczątkował w rodzinie tradycję jeździecką?

Tata nie jeździł, ale dziadek tak i to zaprzęgami. Jako jeden z pierwszych zakładał pary, czwórki. Nie było wtedy zawodów sportowych w zaprzęgach, jeździł więc tylko na potrzeby stada, pokazów, gości. Podobno miał smykałkę do tego i potrafił podporządkować sobie konie.

Opowiadał Panu o tym?

Niestety, kiedy żył byłem za mały, żeby móc z nim o tym rozmawiać.

A zostały Panu po dziadku pamiątki?

Nie. To były inne czasy, a może po prostu nie pochodzę z takiej rodziny jak szlachecka, gdzie pamiątki przekazuje się z pokolenia na pokolenie i bardzo się tego pilnuje. Skromnie żyliśmy i nie zwracało się uwagi na pamiątkowe rupiecie czy spisane wspomnienia.

Chciałabym, żeby wymienił mi Pan trzy życiowe lekcje ze swojego życia. Pierwsza ma dotyczyć cierpliwości.

Z bardzo utalentowanym koniem trzeba długo poczekać. Średniego konia pod względem talentu raczej nie można łatwo zepsuć, bo on się obroni tym, że jest mniej wrażliwy na wymagania. Koń dokładny i wybitny musi jeden krok dłużej przeczekać na każdym etapie rozwoju, żeby ugruntować swoją pozycję psychiczną. Takim przykładem był mój najlepszy do tej pory koń – Arcus. Był szybki, zwrotny i uważny. W wieku siedmiu lat był czwarty w Mistrzostwach Polski pod Zbyszkiem Ogórkiem. To były trudne zawody w Mosznej w 1985 roku. Wygrałem wtedy na Gabonie. Po tych zawodach Arcus przestał dobrze skakać. Przez dwa lata nie widział w tym radości. Trzeba było uzbroić się w cierpliwość, zrobić kilka kroków w tył, żeby wrócić do tego, co było.

A lekcja miłości?

Ta lekcja nie była odrobiona. Wcześnie zostałem ojcem, miałem 24 lata i przeżywałem wtedy swój gorący okres na parkurach. Brakuje mi tych małych szkrabów, które plączą się przy nogach. Ojcostwo mi uciekło. Tymczasem Dawid ma już 27, a Michał 25 lat i takie maluchy zobaczę dopiero, kiedy będę dziadkiem. To są trudne tematy. Teraz dopiero doceniam ważność takich chwil.

Dziś jest Pan autorytetem i trenerem dla swoich synów, którzy poszli pańskimi śladami. To też jest przecież ojcostwo.

Moje życie jest nie do końca poukładane, ciągle gdzieś muszę pędzić. Staram się spędzać czas z synami, ale nie jest to proste. Dziś mamy relację partnerską.Trenuję dzieciaki, jeżdżę z nimi na zawody, sam też jeszcze startuję. Trudno jest zrezygnować z tej pracy.

Czy był taki moment w pańskim życiu, kiedy po raz pierwszy dotarło do Pana, że jest ojcem?

Myślę, że to jeszcze do mnie nie dotarło. Takim jestem dziwnym gościem.

W wywiadzie, który opublikowaliśmy w 2004 roku, powiedział Pan, że marzy o tym, żeby wyhodować konia dla swoich synów. Udało się.

Tak, Michał jeździ konkursy Grand Prix na Asesorze. Teraz ma świetną ośmioletnią klacz z własnej hodowli, to była myśl hodowlana mojej żony. Dawid też ma fantastyczną klacz holenderską, jeszcze nie mojej hodowli, ale jest z nami od czterolatki.

Ostatni przykład lekcji, tym razem samodzielności.

W tym przypadku trudno operować mi jakimś przykładem, bo całe moje życie jest taką lekcją i szkołą przetrwania. Jestem uparty i od zawsze małymi krokami brnę do celu. Dużymi się w życiu nie da.

Czuje się Pan sam na tej drodze do celu, na placu boju?

W pewnym sensie tak. Czuję się narzędziem w rękach tej sportowej machiny, która czasem potrzebuje takiego ogniwa jak ja, a kiedy staję się dla niej wyeksploatowany, to jestem odrzucany, po to, żeby znów zregenerować się i za jakiś czas wrócić. To ma swoje plusy, bo przypomina o zasadzie: umiesz liczyć, licz na siebie. W takich sytuacjach niespecjalnie muszę być komuś za coś wdzięczny.

Czy u nas docenia się zasłużonych jeźdźców?

Tacy jeźdźcy jak Marian Kowalczyk czy Jan Kowalczyk to niewykorzystany potencjał naszego jeździectwa. Z samego przebywania z nimi można się wiele nauczyć. To są doświadczeni ludzie, którzy wiedzą, jak postępować z trudnymi końmi. Strasznie mnie to boli, że dzisiaj ich się nie dostrzega, odsuwa. Ile ma pani jeszcze tych pytań?

Zobaczymy. Zapytam teraz o pańskiego ojca, jaki on był?

Był surowy i wymagający. Sprawiedliwość była u niego zawsze na pierwszym miejscu, chciał być fair dla wszystkich. Trudno dzisiaj być tak otwartym w rozmowie, trudno jest szczerze rozmawiać, bo na świecie jest dużo cwaniactwa i pewne rzeczy lepiej przemilczeć.

A o pańskim bracie może Pan coś powiedzieć?

Brat spróbował dojść do tego wszystkiego po łatwiejszej drodze. Jako młody człowiek wyjechał do Włoch i tam jeździł konno, zebrał wiele kontaktów, do dzisiaj prowadzi interesy z Włochami. Ja chyba za mocno idę pod wiatr.

Skąd ten wniosek?

Bo można się było normalnie poukładać, ale jak to zrobić, jak widzę, że z pewnych działań nie będzie dobrego efektu i są wyrzucane pieniądze? Mam na myśli Klub Garo z wielkim potencjałem, w którym praktycznie nic nie zrobiliśmy. Moja osoba też się do tego przyczyniła przez to, że nie do końca byłem w porządku zawodnikiem. To były takie ciśnienia, że czasami przemawiała przeze mnie niemoc i do kieliszka się zaglądało. Zawsze mimo to byłem gotowy na każdym treningu do nowych wyzwań. Może dobrze, że skończyło się to tak, że odszedłem z tego klubu bez żadnych obwarowań, za porozumieniem stron. Boli mnie to, że ten pomysł państwa Gudzowatych nie został wykorzystany na duży sport. Ale nie chcę ciągnąć tego tematu, niepotrzebnie o tym wspomniałem…

OK. W takim razie zapytam o coś zupełnie innego. Czuje się Pan „panem swojego życia”?

Trochę tak, bo kocham to, co robię.

Czy to jest szczęśliwe królestwo?

To jest ciężkie królestwo, bo konie wymagają tyle czasu i jest przy nich tak wiele obowiązków, że nie ma miejsca na nic innego. Główną przeszkodą są ograniczenia finansowe, które sprawiają, że nie wszystko można zrobić tak jak powinno być.

Poświęcił Pan coś dla jeździectwa?

Nic. Może trochę rodzinę, ale chłopcy też dziś realizują się w jeździectwie. Żona dopilnowała tego, żeby wyrośli na fajnych ludzi.

Jeśli jest królestwo, to jest i król, który ma pod sobą lud, którym się opiekuje.

Myślę, że nie do końca zadbałem o ten aspekt życia. Jestem jeszcze na tyle młody i próbuję to wszystko teraz poukładać, połapać, bo jeszcze jest na to czas, na to, żeby wszystko wokół kwitło.

Ma Pan w sobie chłopca?

Chłopiec jest, chociaż ma już trochę inne przemyślenia.

Jakie?

Jak pani zauważyła, nie lubię rozmawiać. Rozmawiam sam z sobą na takie tematy.

Jaki jest ten chłopiec, który w Panu siedzi?

To jest chłopak, który cały czas chce coś osiągnąć, zbudować. Niesforny, cały czas gotowy do jakiejś akcji.

Czy dziś, startując na parkurach, czuje Pan taką samą presję jak w latach 90.?

Dzisiaj jeżdżę dla siebie, dla koni i moich podopiecznych. Jest większy luz. Kiedyś każdy start to był sprawdzian, na każdym parkurze mieliśmy zadanie do wykonania, np. trzeba było przeprowadzić przez przeszkody młodego konia. Zawsze jestem przygotowany na zawody, ale nigdy nie wiemm, jaka będzie nagroda.

Sukces nie ma ceny?

No ma, ma, ale nie wiem jaką, bo nie osiągnąłem sukcesu.

A te wszystkie medale z Mistrzostw Polski, start na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach?

Tak, ale to jest przyjemność i zabawa, tak trzeba to traktować.

Czy spotkał się Pan z krytyką, która sugerowałaby opuścić już parkury i zająć się wyłącznie rolą trenera?

Całe szczęście osobiście tego nie słyszałem. Sam sobie mówiłem już, że może powinienem już skończyć, ale mam sporo znajomych, którzy odradzają mi rezygnację ze startów. Poza tym, bardzo fajnie czuję się z młodzieżą na parkurach. Lubię tę rywalizację. Póki ten chłopiec we mnie jest, nie będziemy się dawać takiej krytyce.

Wspomniał Pan, że lubi rozmawiać sam ze sobą. Jest Pan człowiekiem uduchowionym?

Tak. Jak tylko zdarzy się chwila na taką rozmowę w ciągu dnia, to nie odmawiam jej sobie. Taką „spowiedź” mam tylko w międzyczasie i wtedy gdy nikt mi nie zadaje pytań, a od rana do późnego wieczora jestem w stajni, a tam ciągle coś się dzieje, ciągle dokądś pędzę. Moje życie to ciągła improwizacja.

Czuje się Pan bezpiecznie w takim stylu życia?

Nauczyłem się przeskakiwać i nauczyłem się też  pewnej równowagi. Myślę, że sobie radzę, dzięki temu, że nie zrobiłem nikomu krzywdy i mam świadomość, że mogę wszędzie zapukać i skądś pomoc zawsze do mnie przyjdzie.

Kilkakrotnie słyszałam od moich znajomych, jak z dumą mówili, że cytuję: „nawet Kubiak ich uczył”. Jest Pan legendą?

Może trochę tak. Staram się odpowiadać uczniom na każde pytanie w taki sposób, żeby jak najwięcej przydatnych wskazówek wzięli sobie do serca. Zawsze jestem gotowy do rozmowy z nimi na temat jeździectwa i koni. Może przez to buduję sobie u nich autorytet. Wrosłem w konie tak bardzo, że nie potrafię tego zostawić i chyba każdy już to wie.

Trudno jest pozostać sobą w środowisku jeździeckim, sportowym?

To nie jest łatwe środowisko, ale staram się tym nie przejmować. Myślę, że jeśli zna się swoją wartość i człowiek nie kłóci się z sobą samym, to pozostaje sobą wszędzie gdzie jest. Po prostu nie trzeba się wymądrzać i robić swoje.

Mówił Pan, że jest uduchowiony, a wierzący?

Tak.

O co zapytałby Pan Boga?

Nie pytam, tylko Mu dziękuję. A jest za co.

Zamieniam się w słuch.

O, nie, nie starczy chusteczek. (Chwila milczenia) Za zdrowie i chęć do życia. I żeby widzieć dobro w drugim człowieku.

A diabła o co by Pan zapytał?

Z diabłem nie chce mi się w ogóle gadać.  

Do jakiego miejsca chętnie Pan wraca?

Nie lubię nigdzie wracać, lubię iść do przodu. Za bardzo w naszym kraju żyjemy historią, za mało jest chęci, żeby tworzyć coś nowego.

Ciekawie Pan zrozumiał moje pytanie. Miałam na myśli miejsce na ziemi, w którym dobrze się Pan czuje i dlatego chce tam wracać.

Zawsze lubię wracać do domu, do mamy. Tata niestety już nie żyje. Nawet teraz mam ochotę tam pojechać, nawet na 10 minut, żeby pobyć z nią.

To musi być silna więź. Pańska matka jest też najwierniejszym pańskim kibicem?

Ani razu nie było jej na trybunach, boi się oglądać do dzisiaj. Na siłę jej tam przecież nie zaciągnę. Kiedy startowałem w Bogusławicach, to przez okno tylko słuchała spikera.

Może boi się po takich doświadczeniach jak to z MPJ WKKW. Co się wtedy stało?

Mógłbym to podsumować tak: duże serce zawodnika, małe umiejętności, za duża chęć wygranej i bardzo doświadczony koń o imieniu, no właśnie… co za ironia, Dalmierz. Na crossie odbił się przed przeszkodą 10,5 metra, wpadł między jeden a drugi drąg w okserze z bali drewna. Niestety nie przeżył, a ja wylądowałem na drzewie z rozwalonym kaskiem. Mało brakowało, a głowę miałbym w brzuchu. Trafiłem do szpitala niedaleko Nowielic, zabraniano mi jazdy konnej, mama też prosiła, ale jak tylko opuściłem szpital, wsiadłem na konia u Jacka Bobika. To było silniejsze od wszystkiego.

Jak wyglądają wizyty u mamy? Ulubiona zupa na stole?

Tak, zawsze, inaczej nie pozwoli wyjść. Nie uprzedzam jej o wizytach, żeby jej nie kłopotać, żeby nie szykowała niczego ekstra. To są zawsze krótkie wizyty.

Jest miejsce na czułość?

To podstawa dobrej relacji. Możemy już… kończyć?

Proszę mi jeszcze tylko powiedzieć, z którym koniem stworzył Pan najlepszą parę?

Z Orkiszem. To był koń po przejściach; jak przyszedł do mnie, miał już za sobą duże konkursy w zbyt młodym wieku. Stracił oko przez ten wysiłek. Długo nie mogłem odnaleźć do niego drogi, aż przyszedł taki moment, kiedy wzięliśmy udział w konkursie barier, który pomógł mu wyleczyć strach przed szeregami. Był nastawiony na rywalizację, kochał to. Uwielbiał dekoracje, brykał wtedy, strzelał z zadu. Prawdziwy sportowiec.

Jaką cechę charakteru lubi Pan w sobie?

Generalnie za sobą nie przepadam.

Skoro jest Pan osobą wierzącą, to przypomnę przykazanie miłości: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

No właśnie, tak, słabo siebie kocham. Ale bliźni chyba nie ma ze mną tak źle.

Co w Panu zobaczyła pańska żona, Gabrysia?

Do dzisiaj jej o to nie pytałem, bo po co? Mam pewne przypuszczenia, ale po co nimi psuć, jak jest dobrze? Na takie wspomnienia w kapciach przyjdzie czas.

I bujany fotel?

Gabrysia nie lubi się bujać. Może mnie będzie bujała.

Podobno gołębie Pan hodował.

I króliki, w końcu każdy facet powinien mieć jakieś hobby. Do gołębi wróciłem teraz, w Chojnowie mamy gołębnik,ale znów ten sam problem, brakuje mi czasu, żeby je nawoływać do klatek. Muszę powiedzieć, że bardzo lubię przebywać ze zwierzętami, czasami ich towarzystwo zastępuje mi obecność ludzi. Jak byłem dzieciakiem i wracałem ze szkoły, to zdarzało mi się zabierać po drodze do domu jakieś opuszczone psy czy potrącone koty. Ogromną przyjemnością są dla mnie spacery z końmi po lesie, lubię je paść, obserwować je na padoku jak brykają. Na starość do tego wrócę.

Jakieś grzechy ma Pan na sumieniu?

Jeden wielki grzech. Ciężko jest żyć według dekalogu. Człowiek non stop grzeszy przez np. zatajenie prawdy. Jesteśmy wystawieni na próbę przez ten krótki czas, żeby potem pójść do raju i jeździć tam konno.

Wreszcie się Pan uśmiechnął. Na jakim koniu będzie Pan tam jeździł?

Na takim, na jakiego zasłużę. A jeśli będę mógł tylko je paść, to też będę miał frajdę.

 

Artykuł opublikowany w miesięczniku Świat Koni 4/2014

Komentarze (9)

:) (niezarejestrowany)3 miesiące, 2 tygodnie temu

Mam wrażenie przez cały wywiad, że pana Dawida krępują pytania. Osoba go prowadząca powinna to wyczuć i trochę je zmienić. Taka osoba a pytana o czułość... To jest gazeta jeździecka a nie jakaś telenowela... Jeśli człowiek chce coś takiego poczytać to udaje się w innym kierunku. Pytania stricte o konie mają inny ton wypowiedzi i takie chciałoby się czytać przez cały wywiad.

;-))))) (niezarejestrowany)3 miesiące, 2 tygodnie temu

Tak dokładnie przeczytałeś wywiad ,że nie wiesz z kim jest Buhaha

Wyspiarz (niezarejestrowany)3 miesiące, 2 tygodnie temu

niektórzy komentujący powinni zamilknąć paląc się ze wstydu...

czytelnik (niezarejestrowany)3 miesiące, 2 tygodnie temu

HA HA HA !!! nie mogę... "pana Dawida", to się nazywa konstruktywna krytyka. Bardzo dobry wywiad, z człowiekiem o człowieku. Chyba zapominasz :) że jeździec to też człowiek i warto wiedzieć co siedzi mu w głowie. Oczywiście Ty możesz woleć po raz setny by się z wywiadu dowiedzieć że w jego rodzinie konie były od zawsze albo wręcz odwrotnie że nie były. Mnie ciekawiej się czyta taki wywiad. A ostatnie zdanie pana Grzegorza w punkt.

A.M. (niezarejestrowany)3 miesiące, 2 tygodnie temu

czytałam ten wywiad w papierowym wydaniu i byłam bardzo zaskoczona szczerością wypowiedzi pana Grzegorza. Ci którzy znają osobiście bohatera mogą odczytać duzo więcej z tych wypowiedzi.

Ann (niezarejestrowany)3 miesiące, 1 tydzień temu

Klasa jeździec i człowiek. Proszę o więcej takich ludzi w tym sporcie. Z przyjemnością przeczytałam ten wywiad.

Tom (niezarejestrowany)3 miesiące, 1 tydzień temu

Denver dajesz ostro

J.T. (niezarejestrowany)3 miesiące, 1 tydzień temu

Świetny wywiad z doskonałym jeźdźcem i porządnym człowiekiem.

Gun (niezarejestrowany)2 miesiące, 3 tygodnie temu

Ja osobiście nie dalam rady doczytac tego do konca. Jesli mowie, ze nie chce na prywatne tematy rozmawiac to tego nie robie. Za duzo widze tu cwaniakowania. Ale mam takie prawo do postrzegania. Wypowiadam sie o tym akurat tekscie- p. Kubiaka nie znam.

Dodaj komentarz



Wciśnięcie przycisku poniżej jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu komentarzy.