reklama
reklama

BOSKIE! - dialogi kobiet

Iga Gierblińska | 8 marca 2017

BOSKIE! - dialogi kobiet

Temat kobiet i koni wywołał różne skojarzenia. Z jednej strony przypomina się kult bogini Białej Klaczy, zwanej Eponą i uwikłana w to pogańska zmysłowość. Z drugiej pojawia się niewiedza o tym, jak wygląda życie współczesnych kobiet, związanych pośrednio lub bezpośrednio z końmi, zwierzętami pozostającymi dla wielu symbolem siły i niezależności. Od tych znaczeń blisko do definicji kobiecości. 

REKLAMA

reklama

Tekst: Iga Gierblińska
Zdjęcia: Anna Pawlak

Profesor Magdalena Środa, mówiąc o jej nowoczesnym rozumieniu, wychodzi poza kult ciała i wymienia takie cechy jak troska o innych, odpowiedzialność, odwaga i konsekwencja w osiąganiu celów. O kobietach można znaleźć tomy złotych myśli. Jedna z nich, wypowiedziana przez Federico Felliniego, reżysera filmowego, brzmi: Siła kobiet leży w tym, że są w stanie uznać złudzenia za rzeczywistość. Inna, należąca do Charlesa Baudelaire’a, francuskiego poety, mówi o tym, że Kobieta jest zaproszeniem do szczęścia. A co jest szczęściem dla kobiet - zawodowych jeźdźców? Czy w Dużym Wywiadzie opowiedziały o swoich złudzeniach czy rzeczywistości? Jaki jest dla nich świat, w którym królują konie? Opowiadają o tym Katarzyna Uchwat, Bogna Sąsiadek, Małgorzata Ciszek-Lewicka, Gabriela Kubiak i Anna Piechowiak (obecnie Ludwiczak). Rozmowa toczyła się we wspólnym gronie i na osobności. Oto pięć kobiet w pięciu smakach. Różnice, które pojawiają się między każdym z tych dialogów tworzą historię i odpowiedzi na powyższe pytania.

Jesteście związane z zawodnikami. Niektóre z Was startują w zawodach jeździeckich, ale oderwijcie się od tej roli, bo chciałabym dowiedzieć się, jak wygląda życie partnerek zawodowych jeźdźców.

Bogna: Życie jest niezorganizowane. Niepokój czuje się często. Sielanki nie ma. Nie możemy zaplanować sobie obiadu u teściowej w niedzielę albo wyjścia do kościoła, bo sportowe obowiązki są na pierwszym miejscu.

Katarzyna: Dzięki temu, że jest ten kalendarz zawodów, wszystko chodzi jak w zegarku. Nie wyobrażam sobie życia bez zawodów i rytmu, który narzucają. Wiem, gdzie będziemy przez najbliższe dwa miesiące. Walizki są ciągle przygotowane.

A reszcie pasuje życie na walizkach?

Małgorzata: Tak, nie znam innego i chyba innego nie chciałabym mieć.

Gabriela: A mnie nie pasuje taki model życia. To jest kompletne wariactwo, nie mamy czasu na oddech i czasu dla siebie, ale co zrobić?

Anna: Jestem do tego przyzwyczajona, mam jeszcze bardziej wariackie życie niż Krzysztof. Równie często jestem w podróży co on. Mieszkam w trzech miejscach, łączę nasz związek ze studiami, moimi pasjami i bardzo mi to pasuje.

Czy czujecie się spełnionymi kobietami?

Bogna: Tak, mam dom, dzieci, stajnię, mamy z Łukaszem plany na przyszłość. To jest to, do czego chciałam w życiu dojść.

Katarzyna: Mam wspaniałego męża i cudowne dzieci. Jako kobieta i matka realizuję się w 100%.

Małgorzata: Cały czas się realizuję, spełnienie to jest dla mnie proces, chociaż rzeczywiście, jako matka jestem w pełni szczęśliwa. Jest mi dobrze w życiu, mam konie, jeżdżę i trenuję. Jako zawodniczka nie osiągnęłam jeszcze tego, co jest moim celem.

Gabriela: Jestem spełniona tylko jako matka. A reszta? Dopiero mam zamiar się spełnić. Nowe płaszczyzny są przede mną.

Anna: Nie zaczęłam jeszcze pracy zawodowej, nie mam dzieci, męża też nie. Powoli realizuję swoje marzenia, jest ich dużo i trochę to potrwa, może nawet nigdy w życiu wszystkie się nie spełnią, ale przecież dla nich się żyje.

 Anna Ludwiczak (Piechowiak)


Fot. Anna Pawlak (Świat Koni)

Anno, spotykamy się tuż przed konkursem Grand Prix na poznańskiej Cavaliadzie. Krzysztof Ludwiczak jedzie ósmy. Mam nadzieję, że uda się porozmawiać przed jego przejazdem, ale powiedz, co by było, gdybyś nie zdążyła wrócić na trybuny?

Płacz i zgrzytanie zębów! Przyjechałam tutaj specjalnie po to, żeby zobaczyć Krzyśka na parkurze.

Czy konie Cię pociągają?

Tak, bardzo. Podoba mi się to, że każdy koń ma inny charakter i inaczej przeżywa zawody. Konie mają w sobie coś niezwykłego, co sprawia, że wszystkie złe emocje uciekają ode mnie. Regularnie jeździłam w klasie maturalnej, jak dla każdego abiturienta to stresujący okres, a ja właśnie w jeździe konnej odnajdywałam spokój. Jest pewien sensualizm w jeździectwie, którego nie znajdzie się w innych sportach. Konie mogą być źródłem wiedzy i doznań opartych na wrażeniach zmysłowych. Jednak teraz już nie jeżdżę. W tym związku partnerskim, jaki mam, wolałabym, aby tylko jedna strona poświęcała się jeździectwu w zawodowy sposób. Mam inne zainteresowania, które przeważają nad jeździectwem, więc na takich zawodach jak te moje miejsce jest na ziemi, na trybunach.

Czy Krzysztof interesuje się Twoimi pasjami?

Tak, nawet kiedyś kibicował mi w turniejach tenisowych. Angażuje się w moje sportowe zainteresowania, ale robi to inaczej niż ja w stosunku do niego. Dla niego jeździectwo to zawód, a tenis dla mnie to swobodna pasja. Fotografia jest kolejną z nich, w których Krzysiek mnie wspiera. Większość zdjęć ma charakter pamiątkowy, ale niektóre zdjęcia koni były u was publikowane.

Teraz zajęta jesteś studiowaniem…

Ukończyłam technologię żywności, a obecnie jestem na weterynarii. Zawsze chciałam leczyć zwierzęta, ale nie miałam odwagi od razu iść za marzeniami. Teraz to robię. Już teraz jestem przekonana, że chciałabym leczyć konie, bo są mi najbliższe.

Jesteś równie zajętą osobą, co Twój partner. Jak udaje się Wam być razem?

Krzysztof już na drugiej randce uprzedził mnie, że życie z jeźdźcem to ciężki kawałek chleba, bo są ciągłe wyjazdy. Mnie jednak taki tryb życia odpowiada. Żyjemy swoim życiem, ale jesteśmy sobie bliscy. Nasz związek buduje przede wszystkim przyjaźń, wspólne zainteresowania, czyli konie i podróże.

Jak poznałaś Krzysztofa?

Narzeczona Leszka Gramzy namówiła mnie na przyjazd do Leszna. To były pierwsze zawody jeździeckie, na które wybrałam się jako kibic i poznałam Krzyśka. Na początku nie chciałam pogłębiać tej znajomości, przerażała mnie różnica wieku. Dla mnie było to dużą zmianą w życiu. Miałam 20 lat, zawsze byłam lekkoduchem, a tu pojawił się poważny mężczyzna i stały związek. Jesteśmy już sześć lat razem.

I nie ma takich chwil, kiedy jego tryb życia daje Ci się we znaki?

W takich codziennych czy drobnych sytuacjach odczuwam to, że Krzysiek pochłonięty jest końmi. Wiem też, że on mógłby podobnie powiedzieć o mnie. Mimo wszystko rozumiemy swoje światy i akceptujemy je, takimi jakimi są, bo przecież mamy do siebie zaufanie. Po tych wspólnych latach patrzymy na wspólną przyszłość, a nie na przyszłość każdego z osobna.

W owym wspólnym życiu jakie miejsce zajmą konie?

Będą bardzo wysoko. Zawsze tak będzie. Zawód Krzysia łączy się z moim pomysłem na życie, czyli weterynarią. Do tej pory właściwie każdy wyjazd na zawody łączyłam z fotografowaniem. Byłam zajęta nie samymi zawodami, ale wszystkim, co działo się podczas. Szukałam ciekawych momentów nie tylko na parkurze. Tak daleko zabrnęliśmy w jeździectwie, że nie chcemy już tego zmieniać.

Czy jeździec kojarzy Ci się z rycerzem na białym koniu?

W tym przypadku mam osobiste skojarzenie. Kiedyś moja najlepsza przyjaciółka życzyła mi na urodziny księcia na białym koniu. Kiedy ktoś powiedział mi o zainteresowaniu Krzysia moją osobą i wskazał mi go na parkurze, zobaczyłam mężczyznę na siwym koniu. I od tego czasu opowiadam to jako anegdotę, że ten książę się spełnił i po mnie przyjechał.

A tyś jego księżniczką?

Nie powiedziałabym tak o sobie, ale Krzyś na pewno jest dżentelmenem i bardzo to w nim lubię. Nie chciałabym być traktowana jak księżniczka, źle to mi się kojarzy, z pewną niezaradnością życiową. Na pewno nie należę do kobiet, które tylko czekają, aż ktoś coś za nie zrobi.

Czym jest dla Ciebie kobiecość?

Kobiecość jest w charakterze i wyglądzie. Najczęściej za wzór kobiecości stawia się Marylin Monroe. Nie umiem oceniać kobiet w kategoriach piękna, raczej oceniam to, czy są ciekawymi osobowościami. Nie mam wzoru kobiecości, ale najważniejszą i najmądrzejszą dla mnie kobietą  jest moja mama. Samą siebie oceniam jako trudną, bo nie mam łatwego charakteru. Z drugiej strony, mam dobre serce i wynagradzam bliskim nieprzyjemne rzeczy związane ze mną.

Mówiłaś, że kontakt z końmi dawał Ci poczucie spokoju, a jednak ten ekstremalny sport przywołuje na myśl głośną energię…

Masz rację, ale na każdym etapie jeździectwa towarzyszą nam różne emocje. Podczas jazd rekreacyjnych nic nie zakłócało przyjemności z jazdy. A kiedy zaczyna się zawodowstwo, dochodzi adrenalina i ta głośność. Wiążąc się z Krzyśkiem poznałam ten właśnie etap, w którym są emocje i rywalizacja, i bardzo mi się to podoba. Sama próbowałam skakać małe przeszkody, ale żeby robić coś dobrze, trzeba się temu poświęcić w 99%, resztę zostawić dla rodziny. Nie łudzę się, że Krzysiu będzie pracował od-do, a w weekendy siedział w domu. Sama tego bym nie chciała. Jeśli miałabym zacząć jeździć konno, musiałabym zrezygnować np. z nauki. Teraz jeździectwo nie jest moim priorytetem. Pasuje mi to bycie z boku, może za kilka lat zacznę trenować jeździectwo dla przyjemności.

Bogna Sąsiadek


Fot. Anna Pawlak (Świat Koni)

Dlaczego zajęłaś się jeździectwem?

Jeżdżę od szkoły podstawowej. Uprawiając ten sport mam jakiś cel w życiu. Konie przyciągają mnie. Mają w sobie niewytłumaczalną magię, wielką siłę psychiczną. Są niewinne, zależne od człowieka. Jestem o wiele słabszą istotą od konia, a potrafię nim zarządzać, potrafię z nim współpracować, udaje mi się wypracować z nim harmonię. Dążę do tego, żeby zrównoważyć siłę konia i o wiele mniejszą siłę kobiety.

Jakie towarzyszą Ci emocje, kiedy startujesz na tych samych zawodach co Łukasz Wasilewski, Twój mąż?

Właściwie jeżdżę tylko dla niego, bardziej mnie stresuje on niż publiczność.  Wiem, że jak coś źle zrobię, będzie opieprz. Staram się jeździć tak, jak mnie tego uczy. Bardzo lubię skakać. Codziennie skaczę na innym koniu, oddając ok. 40 skoków. Mam wprawę. Nie boję się wysokości. Na pewno jestem z siebie dumna, kiedy nic nie zrzucę, kiedy wykonam zadanie i wyjadę do dekoracji. Najczęściej w Lesznie zdarzają się konkursy, w których konkurujemy ze sobą. Jesteśmy zespołem i liczy się wynik obojga, ale cieszę się, kiedy stoję bliżej podium niż Łukasz.

Czy jeździectwo kojarzy Ci się ze zmysłowością?

Tak. Przecież w tym sporcie potrzebny jest kontakt cielesny z koniem, dotykiem mówimy i doświadczamy. Każdy jeździec potrzebuje też dobrej formy ciała, dba o nie. Cielesność jest bardzo ważna, od ciała dużo zależy.  Bryczesy bardzo zmysłowo podkreślają kobiece kształty. Polecam ten sport każdej kobiecie. Im bardziej kobieta ma wyćwiczone wewnętrzne mięśnie ud, tym więcej ma przyjemności z przebywania z mężczyzną.

Joanna d’Arc, inaczej zwana Dziewicą Orleańską, jest dla Ciebie kobieca?

O, tak! Mocna, silna wojowniczka, niemalże zrośnięta z koniem, bardzo mi się podoba. Jej siła pasuje z pozoru bardziej do mężczyzny, do rycerza w zbroi, ale tylko z pozoru. Konie i jej odwaga pomogły jej stać się legendą, podziwianą kobietą.

Z czym kojarzy Ci się kobiecość?

Z łagodnością. Widać to podczas pracy z końmi, kiedy porównuje się zawodników i zawodniczki. Kobiety stosują mniej przemocy, inaczej próbują porozumieć się z koniem. Kobiecość to też sex appeal, piękny wygląd, elegancja.

Czujesz się kobieco?

Bardzo. Lubię być zmysłowa, miła, wesoła. Lubię też, kiedy mówi się o mnie zawodniczka, a nie zawodnik. Lubię luksus, dalekie podróże, masaże i różne damskie gadżety. Dzięki firmie, którą prowadzę, mogę zapewnić sobie życie na wysokim poziomie. Pracując w świecie biznesu mam do czynienia z mężczyznami, nauczyłam się ich rozumieć, rozmawiać z nimi, przejęłam ich wzorce. Staram się być kumplem dla mężczyzn. Podobnie jest w moim związku, najważniejsze jest w nim kumplostwo. Jeśli Łukasz może ze mną obejrzeć mecz piłki nożnej, pójść ze mną na piwo, to właściwie nie są mu tak potrzebni koledzy. Potrafię ich zastąpić.

Dużo podporządkowane jest Łukaszowi w Twoim życiu?

Właściwie wszystko musimy podporządkować pod jego starty. Trochę jest to męczące, bo zostaję na drugim planie, a zawsze byłam dominującą osobą, wszystko kiedyś kręciło się wokół mnie. Zawsze byłam niezależna, sama na siebie zarabiałam, realizowałam nowe pomysły biznesowe, a od kiedy pojawił się Łukasz, życie zupełnie się zmieniło. To on gra pierwsze skrzypce. Pogodziłam się z tym. Konie dominują, jasne jest to, że walczymy o wynik, o plany. Gdybym nie była zawodniczką, pewnie byłoby mi trudniej zrozumieć stres Łukasza, jego harmonogram. Potrafię pomóc mu przejść przez porażki i krytykę.

Podkreślasz to, że jesteś bizneswoman…

Od 20 lat prowadzę własną firmę, utrzymuję się tylko z biznesu. Sprzedaję maszyny mleczarskie, schładzalniki do mleka. To bardzo męskie zajęcie. Wcześniej sprzedawałam samochody. Często klienci dziwili się, że kobieta znała się na częściach do aut. Siedem lat spędzonych w Holandii, praca i studia tam przygotowały mnie do takiego życia. Jestem bardzo dobrym uczniem. Od każdego się uczę chętnie, z każdym porozmawiam, czy z biznesmenem w krawacie czy z kierowcą i zadam im po 10 pytań. I czuję, że sobie radzę, że pozostaję w pracy silną kobietą.

Kiedy Łukasz wyjeżdża na zawody, a Ty zostajesz w domu, jesteś spokojna?

Zawsze czuję małą niepewność. Coś może się wydarzyć, może mnie zdradzić, może kogoś poznać, ale nie mogę dać się zwariować takim myślom. Miłość i wierność to są wartości, których nie da się sztucznie wywołać. Równie dobrze on może zastanawiać się, co się ze mną dzieje, kiedy zostawia mnie w domu samą. Mogę przecież wyjść z kolegą na kawę, mogę zorganizować sobie czas i nie myśleć w kółko o tym, że Łukasz jest daleko.

Jak wygląda Twój dzień?

Wstaję o ósmej, odwożę córkę do szkoły, godzinę później jestem w pracy aż do południa, później jeżdżę konie, zwykle dwa dziennie do godziny 15, odbieram córkę ze szkoły, gotuję obiad i zamieniam się w kurę domową.

W dzisiejszych czasach to uwłaczające być taką gospodynią?

Często o tym marzę, żeby przez jakiś czas zajmować się tylko kuchnią, domem, a facet żeby mnie utrzymywał. To by były takie wczasy, ale kiedy rzeczywiście przypada mi ta rola i dwa dni jestem w domu, szybko przechodzi mi ochota na takie wakacje. Gospodynie domowe są bardzo potrzebne, a ich praca jest często niedoceniana. Jednak swoim córkom nie będę polecała takiego życia, będę chciała je nauczyć, że trzeba być niezależną od mężczyzny. Moja mama była taką niezależną kobietą, była główną księgową. Wychowałam się w czterodzietnej, biednej rodzinie i to ona pokazała mi, jak ważna dla kobiety jest wolność finansowa.

Czego zawodnik oczekuje od swojej partnerki?

Kiedy doświadczy porażki, ludzie się odsuwają, telefony przestają dzwonić i zostaje przy nim jego partnerka. Ona pomaga mu przejść przez te najtrudniejsze w życiu chwile. Jest matką sukcesu, chociaż niewiele się o niej mówi.

Nie przeszkadza Ci bycie w cieniu?

Już jest mi z tym dobrze. Myślę, że w większości ludzie zapomnieli, że ja też jestem odpowiedzialna za sukces Łukasza. Razem budowaliśmy stajnię, razem wybieramy konie, razem decydujemy o przyszłości koni. Najważniejsze, że doceniamy siebie nawzajem.

W jakich sytuacjach to Łukasz jest w Twoim cieniu?

W biznesie, chociaż bardzo dobrze sobie radzi. W kuchni nie może się odzywać. Czasami w sypialni musi być w cieniu. I więcej takich dziedzin chyba nie ma.

Marzenie kobiety?

Mam marzenia jako sportowiec. Niedostępna wydaje mi się wciąż Duża Runda. To moje Himalaje, które są przede mną.

Nie miałaś nigdy innych planów na życie niż jeździectwo?

Kończąc szkołę średnią zdawałam do łódzkiej filmówki. Chciałam być tak jak moja siostra aktorką. Przygotowała mnie do egzaminu, nauczyła mnie wiersza, prozy i powiedziała - zdawaj, próba nie strzelba, nie wypali. I wyjechałam z prowincji do wielkiej fabrycznej Łodzi. Kandydatek było 800, ale udało mi się przejść kilka etapów do ostatniej eliminacji, gdzie było 16 dziewcząt. W tym samym czasie zdawał po raz ostatni do filmówki Zbyszek Zamachowski. Włóczyłam się z nim po mieście i zajadałam pizzą. Razem się przygotowywaliśmy do ostatniego egzaminu. Niestety, a właściwie „stety” - nie dostałam się. Za to udało mi się dostać rolę epizodyczną w filmie „Pensja pani Latter” w reżyserii Stanisława Różewicza. Rok trwały nad nim prace, więc przez ten czas byłam w ciągłej podróży. Zarabiałam wtedy więcej od mamy. Po skończeniu zdjęć miałam zacząć kolejne, ale znajomi z Holandii, których w Polsce uczyłam jeździć konno, zaproponowali, żebym do nich przyjechała. Mimo że zostawiłam plany filmowe w Polsce, w Holandii jeszcze zagrałam w serialu medycznym i w kilku reklamach, reklamowałam m.in. sałatę, a jedną z reklam kręciliśmy we Francji. Patrzyłam, jak wygląda życie mojej siostry i nie chciałam mieć takich problemów jak ona; raz jest rola, raz nie ma, a dla mnie ważna była stała kasa. Kariera aktorska jest ulotna i to mnie zniechęciło.

A kariera jeździecka nie jest?

Jest. Przyglądam się Zagorowi, Praskowi, tym jeźdźcom, którzy byli na topie, a teraz nie mają koni i zaczynają od nowa. To na pewno są gorzkie chwile w karierze, ale można przez nie przejść. Dla tego sportu warto.

Małgorzata Ciszek-Lewicka


Fot. Anna Pawlak (Świat Koni)

Jak Marek Ci się oświadczył?

Cudownie. Zabrał mnie do Wenecji i poprosił mnie o rękę na Placu Św. Marka. Wziął mnie na ręce i obrócił się ze mną i w tej samej chwili poderwały się do lotu wszystkie gołębie, które były na placu. Było tak romantycznie! Ludzie bili nam brawo. Cudowny jest taki romantyzm, ale nie dałabym rady przeżywać go codziennie. Po prostu by mnie zemdliło. Jestem stanowczą kobietą, ale to określenie nie wyczerpuje w pełni mojej osobowości. Wszystkiego jest we mnie po trochu.

Pamiętasz zawody, kiedy konkurowałaś z mężem?

W Leśnej Woli jechaliśmy z mężem Potęgę Skoku. Było około 20 zawodników. Po pierwszej rozgrywce zostaliśmy tylko we dwójkę. Mogliśmy powiedzieć, że kończymy zawody, dzielimy się po równo zwycięstwem, ale publiczność tak zareagowała, że kontynuowaliśmy walkę. Ponieważ nigdy tak wysoko nie skakałam, a mój koń wtedy świetnie sobie radził, Marek podjechał przy pewnej wysokości i powiedział, żebyśmy kończyli. Jednak bardzo chciałam walczyć jako zawodnik. Marek wygrał. Cieszę się, że się nie poddałam. Jego sukces był moim sukcesem. Tak naprawdę, kiedy wyjeżdżamy na parkur, rywalizujemy sami ze sobą, nie między sobą. Nikt nie działa na nas z boku, nikt nie blokuje nam czasu, nikt nie zabierze nam piłki, jak w innej dyscyplinie. W jeździectwie bardzo dużo zależy od nas, to jest walka indywidualna. Nie porównuję się z Markiem, nie chcę być od niego lepsza, chcę być lepsza dla siebie. Mam cele, jednym z nich jest to, żeby starować na międzynarodowych zawodach, żeby jechać Średnią, a nie Małą Rundę. Dziś przejechałam taki konkurs na zero [podczas Cavaliady w Poznaniu - przyp.red.] i teraz mam apetyt na Dużą Rundę. Chcę przejechać konkurs Grand Prix. Póki co, chcę być zadowolona z takiego przejazdu, nie myślę o wygranej, to przyjdzie później.

A jeśli znów pojawi się taka sytuacja, że w konkursie, ale nie Potęgi, a w GP będziesz startować z mężem?

Oby tak było, żebym musiała się o to martwić! Nie jesteśmy zazdrośni o swoje sukcesy, a wręcz bardzo się z nich nawzajem cieszymy.

Pomagacie sobie?

Tak. Nie możemy postawić granicy - jesteśmy razem od zawsze i jesteśmy zawodnikami od zawsze. Marek mnie trenuje. Rozpręża mnie. Wcześniej wydawało mi się, że jest to minusem, bo ciężko się trenuje we własnym gronie. Kiedy mój trener-mąż krzyczał na mnie, czułam się z tym niewygodnie. Wolałam, żeby mnie nie rozprężał przed startem, ale dojrzałam do tego, że jest mi potrzebna pomoc fachowca. Dogadaliśmy się. Marek nauczył się rozumieć mój stres przed startem. Już wie, że bardziej mobilizuje mnie pochwała niż nagana. Jeśli zwróci mi uwagę przed startem na coś, co mi nie wychodzi, to ja to wyolbrzymiam i rozklejam się, zaczynam myśleć, że nic nie umiem, że jestem beznadziejna. Ludzie się zmieniają, jak są razem, ciągle czegoś się uczą i na szczęście udało nam się stworzyć dobry zespół.

Co to znaczy kobiecość?

Myślę że kobiecość tkwi w każdej z nas, w naszym umyśle. Jeśli same będziemy czuć się kobieco, inni też to dostrzegą. Zadbana, pewna siebie kobieta, świadoma swojego ciała, swoich atutów i słabych stron, delikatna, subtelna i odrobinę tajemnicza. Czuć się kobieco to znaczy czuć się dobrze we własnym ciele. Kobieta jest kobieca, kiedy w pełni siebie akceptuje. Lubi swoje zalety i toleruję wady.

A w sporcie jest miejsce na to, żeby czuć się kobieco?

Nie myślałam nigdy o kobiecości w kontekście sportu. Uprawiając dyscyplinę skoków przez przeszkody czuję się sportowcem. Nie jest ważna płeć. Ważne jest wtedy to, czy jestem wytrzymała, odważna, waleczna, pracowita, czy chcę wygrać. Do sportu nie przypinałabym kobiecości czy męskości.

A do słów przypięłabyś? Wolisz być zawodniczką czy zawodnikiem?

Zawodnikiem. Dla mnie to osoba, która zajmuje się danym sportem. Rodzaj męski w słowie nie jest ważny. Bez różnicy, czy będą mówić mistrzyni w skokach przez przeszkody czy mistrz - bylebym to osiągnęła!

Czy miałaś w życiu trudne wybory, kiedy musiałaś opowiedzieć się po jednej ze stron - albo matka, żona, albo zawodniczka?

Tak. Ciąże były takim wyborem. Dzieci ograniczyły moją karierę sportową. Mam trójkę dzieci, w ciąży spędziłam prawie trzy lata, co stanowi prawie 10% mojego życia. Taka decyzja nie przyszła łatwo, bo wydawało mi się, że wypadnę z obiegu, że koń już nie będzie tak dobry, że już nie będę odnosić sukcesów, jak urodzi się dziecko. Nie ma jednak nic wspanialszego niż ten moment, kiedy na świecie pojawia się drugi, mały człowiek. Moim priorytetem jest moja rodzina. Kiedy zawody kolidują ze szkołą naszych dzieci, mamy je z kim zostawić. Nie zdarzyło mi się jeszcze stanąć przed koniecznością wyboru i rezygnacji z założonych planów. Możliwość wyboru daje mi pomoc rodziców.

Czy jest jakaś kobieta, którą podziwiasz?

Moja mama. Jest przebojowa, ma w sobie wiele ciepła. Stworzyła fantastyczny dom i nie zapomniała przy tym o sobie, o swoich pragnieniach. Jest wysportowana i bardzo inteligentna. Realizuje się zawodowo. Dała nam tak wiele, że chciałabym, żeby w przyszłości moje dzieci mogły to samo powiedzieć o mnie. Brakuje mi jej doświadczenia. Nie wiem, czy uda mi się jej dorównać i stworzyć tak cudowny dom, do którego będzie się dobrze wracało. Kiedyś dzieci wystawią mi opinię i to będzie podkreśleniem tego, co chciałabym w życiu osiągnąć. Ostatnio sprezentowałam mamie konia i uczę ją jeździć [Małgorzata pokazuje zdjęcie mamy i dzieci na koniach - przyp. red.]. Ona jest bardzo aktywna. Niedawno zabrała kilkumiesięczną wnuczkę na spacer w wózku, a sobie założyła rolki, żeby było ciekawiej.

Rodzina jest dla Ciebie źródłem siły?

Tak. Nawet, kiedy powinie mi się noga, oni będą murem za mną stać. Wiem, jak uszczęśliwić moich bliskich, ten krąg szczęścia daje mi siłę jako matce i żonie. Poza tym, rodzina to także źródło tradycji. Co cztery lata organizowane są zjazdy rodzinne, a drzewo genealogiczne sięga w dokumentach XV wieku.

Jak wygląda Twój dzień?

Budzi mnie rano jedno z dzieci. Szykuję chłopców do szkoły. Czekam na mamę Marka lub mojego tatę,  którzy pomagają  mi w opiece nad Olą. Udaję się  do pracy, do biura rachunkowego. Zimą  od rana jestem w stajni, póki jest jasno, a później do biura, latem jest odwrotnie. Jeżdżę przedpołudniem, a popołudniu prowadzę  też lekcje jazdy konnej. Wracam do domu i staram się, żeby był obiad, przejmuję na chwilę Olę i idę do biura. Wieczory spędzamy razem. Raz w tygodniu chodzimy na basen, łyżwy. Chłopcy muszą jakoś spożytkować swoją energię. Gramy w różne gry, odrabiamy lekcje, uczymy się tańczyć… Kiedy Marek wyjeżdża na zawody, a ja zostaję w domu, nie czekam na niego z chusteczką w oknie. Organizuję sobie czas, mam wiele obowiązków.

Czy jeździectwo wywołuje jakieś zmysłowe skojarzenia?

Nie. Zaczęłam jeździć, kiedy byłam małą dziewczynką i nie poczułam nigdy takiej zmysłowości. Nie mam takich skojarzeń. Nie umiem patrzeć przez inny pryzmat niż konkursów, pracy, sportu. Myślę, że gdyby to było tak widoczne, więcej kobiet jeździłoby konno. Zmysłowość u koni dostrzegam dopiero na grafikach, w obrazach.

Wiedziałaś, że podkowa symbolizuje dziewictwo?

Nie. Słyszałam, że szczęście.

Też, ale kształtem kojarzona jest z narządami rodnymi kobiet.

Ty chyba wszystko widzisz w jednym kształcie. Według Freuda miałabyś duże zaburzenia.

Szkoda, że tu nie ma kozetki.

Zawsze po wizycie kowala jest u mnie dużo podków i jestem wtedy taka szczęśliwa (śmiech)!

Dobrze, zostawmy to dziewicze szczęście. Zgodzisz się z tym, że koń może być lustrem, w którym zobaczysz, jakim jesteś człowiekiem?

Nie. Każdy kontakt, czy z człowiekiem czy ze zwierzęciem to budowanie relacji i wymiana pewnych informacji, ale nie czuję, żeby koń w danym momencie odbijał mój charakter czy to, jaka jestem. W relacjach z końmi szukam tego czegoś nieokreślonego, jakiś cech, które mi pasują. Mam moją Sonię, klacz, którą dostałam od rodziców. Teraz jeździ na niej mój syn. Sonia jest rudą, wredną, upartą i złośliwą kobyłą. Jest waleczna. Jeśli kogoś polubi, to odda całą siebie. Dostarczyła mi pięknych chwil w życiu. Marek powiedział, że jesteśmy do siebie podobne. Jeśli w coś się angażuję, oddaję całą siebie, jak Sonia. Z tym wiąże się pewne ryzyko, łatwo mnie zranić. Miałam w życiu takie chwile, kiedy musiałam wycofać się ze swojej otwartości, ale chyba nie pozbędę się naiwności. Lubię ufać ludziom.

Jakie jest Twoje kobiece marzenie?

Kobiecych marzeń nie mam, mam marzenia sportowca.

Gabriela Kubiak


Fot. Anna Pawlak (Świat Koni)

Co Ci się podoba w koniach?

Pomijając to, że się ich boję, podziwiam ich piękno. To ogromne zwierzęta i nie czuję się na nich pewnie. Czuję się lepiej, kiedy nie zależę od niczego, a na pewno od konia, który jest silną indywidualnością. W życiu stąpam mocno po ziemi, dosłownie i w przenośni. Kiedyś jeździłam konno, miałam wtedy 15 lat i to było kilka jazd na lonży. Nie chciałam tego powtórzyć. Byłam bardzo zestresowana, a wysokość mnie przerażała. Było to w rodzimym klubie mojego męża, w Bogusławicach.

To wtedy poznałaś męża?

Tak, byłam jeszcze dzieckiem i poznaliśmy się banalnie, na dyskotece. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Bardzo szybko weszłam w dorosłe życie, kiedy miałam 25 lat miałam już obrączkę na palcu i dwoje dzieci, a dziś mój syn, który właśnie ma 25 lat, jeszcze nie myśli o założeniu rodziny. Czasy pod tym względem bardzo się zmieniły.

Zmieniłabyś coś w swoim życiu?

Wolałabym mieć dzieci później, bliżej 30., ale nie oznacza to, że żałuję, że tak się nie stało. Przez to, że dzieci pojawiły się tak wcześnie, nie zrealizowałam siebie w pełni. Zostawałam z nimi w domu, a mąż wyjeżdżał na zawody. Dziś widzę, jak podczas imprez sportowych jeźdźcom towarzyszą rodziny, a niektórzy zabierają swoje maluchy nawet na parkur, na spacer. Zupełnie inaczej dziś funkcjonuje rodzina jeździecka.

Kiedy zostawałaś w domu z dziećmi, czym się zajmowałaś?

Czekałam. I męczyło mnie to bardzo.

Miałaś pretensje, że tak wygląda życie?

Oczywiście, że miałam. Wiedziałam, w co się pakuję wiążąc się z zawodnikiem, ale zawsze człowiek mimo wszystko myśli, że w jego przypadku będzie inaczej. Czasami wyjeżdżał na długo, na trzy tygodnie. Wracał i każda kobieta na moim miejscu oczekiwałaby czegoś w zamian, wynagrodzenia jej cierpliwości, a tu tego nie było. Mąż był zmęczony, odpoczywał więc jeden dzień, a następnego znikał w stajni, a za kolejne dni znowu wyjeżdżał. To w pewnym sensie kładło się cieniem na naszym związku.

Widzę, że masz na ręku bransoletkę z trzema zawieszkami w kształcie serca. Co jest na nich wygrawerowane?

Imiona moich synów, trzecie jest puste.

Jak wygląda Twój standardowy dzień?

Od czterech lat jeżdżę na wszystkie zawody. Synowie coraz częściej startują w zawodach, a teraz kiedy zaczęli właściwie jeździć na te same co ojciec, to zamykamy dom na klucz, biorę psa pod pachę i jedziemy wszyscy. Jest wtedy wesoło, jak podczas rodzinnej wycieczki. Kiedy nie ma zawodów, a te zdarzają się właściwie co tydzień, to na okrągło suszę, piorę i prasuję. Pakuję torby, gotuję obiad, a w czwartek wyjeżdżamy na trzy dni.

Czym się zajmujesz podczas tych wyjazdów?

Całkowicie się lenię. Nie pomagam im, kanapek im nie robię i herbaty im nie podaję. Oni sami sobie wszystko organizują. I nie mają też takich oczekiwań wobec mnie, więc rzeczywiście mogę odpocząć. Oglądam ich przejazdy, miło mi, kiedy pytają mnie synowie, jak oceniam ich start.

O czym myślisz, kiedy oglądasz przejazdy któregoś z trzech mężczyzn?

Po pierwsze chcę, żeby nic się im nie stało, po drugie chcę, żeby było na zero. Akurat kiedy siedzę na trybunie, nie mam poczucia wypalenia ani rutyny. To dopiero do mnie wraca w poniedziałek, kiedy budzę się już w domu i widzę rzucone walizki w długim korytarzu. Otwieram je, wyjmuję rzeczy i zaczynam segregować.

Jakie przyjemności lubisz w życiu dla siebie?

Lubię imprezy, na których można potańczyć. Lubię się bawić. Okazja do tego jest tylko na zawodach. Najlepiej tańczy mi się na bankiecie w Jaszkowie. Do kina coraz rzadziej wychodzę, zamiast tego wolę wypożyczyć płytę i obejrzeć film w domu. Babskie spotkania przy winie też są chwilą relaksu.

Czy mąż dotrzymuje Ci kroku na parkiecie?

Stara się. Z synami tańczę chętniej. Cieszę się, że mam z nimi mocny kontakt. Dużo z nimi rozmawiam, np. o ich życiu prywatnym. Zaprzyjaźniam się z dziewczynami moich synów.

Będziesz idealną teściową!

Sprawiedliwą. Jeśli mój syn robi coś złego, to ochrzaniam go od góry do dołu, ale też jeśli jakaś krzywda będzie mu się działa, to na synowej nie zostanie sucha nitka. Matka-lwica, tak można o mnie powiedzieć. Bronię ich pazurami.

A siebie bronisz pazurami?

Mój mąż twierdzi, że tak, ja tego nie widzę. Jeżeli byłabym taka drapieżna jak mówi, to nie żyłabym tak jak żyję. Odważniej dokonałabym zmian w swoim życiu. Grzesiek często jest oderwany od rzeczywistości przez konie, ma przed sobą cel: stajnia, a dalej zawody.

A dalej?

Tyle. Mnie nie ma w jego planie dnia.

Nie czujesz, że sukcesy Grzegorza zależą również od ciebie?

Coś ty. W ogóle tego nie czuję.

Gdyby nie miał takiego domu, jaki mu stworzyłaś, wypranych bryczesów, porządku i rozliczonej księgowości, to myślisz, że miałby warunki do pracy nad osiągnięciami w sporcie?

Innym zawodnikom też ktoś zapewnia takie warunki i co z tego? Na pewno Grzesiek nie kłopocze się, dzięki mnie, przyziemnymi sprawami. Twierdzi też, że docenia moją rolę, ale ja tego nie czuję.

Czy musiałaś się zdobyć na jakieś wyrzeczenie w swoim życiu z racji tego, jaki zawód wykonuje Twój mąż?

Mieliśmy małe dzieci i mieszkaliśmy w Bogusławicach, później przenieśliśmy się do Warszawy. Znowu trzeba było odnaleźć się w nowym miejscu i stworzyć dom od początku, znaleźć szkoły synom… I kiedy się przeprowadziliśmy, Grzesiek pojechał na zawody. Jego znajomy pomagał mi szukać szkół dla dzieciaków. Wtedy pierwszy raz poczułam się zupełnie zagubiona, nie wiedziałam, w którą stronę iść, więc można powiedzieć, że pewien rodzaj poczucia bezpieczeństwa był takim wyrzeczeniem. Teraz widzę tego plusy, lepsze warunki, lepsze szkoły, lepsi klienci, ale wtedy musiałam usunąć się na drugi plan.

Jak się czujesz w swoim życiu?

Jak ryba w wodzie? Nie. I na tym poprzestańmy.

OK. A jako ta ryba nie chciałabyś wypłynąć na szerokie wody?

Póki co, nie.

Masz jakąś pasję w życiu?

Żadnej nie pielęgnowałam. Jak byłam dzieckiem, mieszkałam blisko Tomaszowa Mazowieckiego i chodziłam na tańce różnego rodzaju. I w końcu przestałam. Może to źle? A może i dobrze. Myślę, że pozostałe kobiety, z którymi rozmawiałaś, miały o tyle dobrze, że ich miłość do koni połączyła ich z ich partnerami. Wspólne zainteresowania scalają związki. Wydaje mi się, że aby rozwijać swoje pasje na maksa trzeba być egoistą.

Może to jest zdrowy egoizm?

Na pewno trudniej się na niego zdobyć, kiedy partnerzy mają różne pasje. Właściwie nie zgadzam się z tym, że przeciwieństwa się przyciągają. Związek ma małe szanse powodzenia, jeśli ludzie nie okazują sobie zrozumienia.

Kim chciałaś być, kiedy byłaś mała?

Nauczycielką. Kiedyś w mojej szkole podstawowej, która była na wsi, zostały wyrzucone na śmietnik dzienniki lekcyjne sprzed iluś lat. A ja je wszystkie pozbierałam i zabrałam do domu. Były w nich jeszcze wolne kartki i mogłam udawać wspaniałą nauczycielkę. Odnalazłam oceny mojej mamy i jej braci. Żałuję, że ich nie zachowałam. Nawet nie pamiętam, kiedy je straciłam.

A kiedy dorosłaś, miałaś wizję swojej przyszłości?

Nie. Wszystko działo się samo. Nie robiłam planów. Takie planowanie zależy od tego, z jakiej się jest rodziny i w jakim się jest środowisku, a o tym już opowiadać nie chcę. 

Katarzyna Uchwat

Fot. Anna Pawlak (Świat Koni)

Co Cię pociąga w koniach?

Z końmi obcuję od bardzo dawna, chociaż jeździectwo zaczęłam poznawać dopiero w wieku 13 lat. Ciągnie mnie do sportu, do atmosfery zawodów, do całego procesu przygotowań do tego najważniejszego startu.

Jak poznałaś Sławka?

Poznaliśmy się podczas zawodów regionalnych rozgrywanych na Podkarpaciu. Sławek startował już w konkursach 120 cm, a ja dopiero zaczynałam swoją przygodę na zawodach. Była to miłość od pierwszego wejrzenia.  Poza tym, dużo wcześniej znali się nasi rodzice. Jak się okazało, moi rodzice zamawiali u Sławka taty meble. Teraz jego firma produkuje przeszkody na zawody. Sławek świetnie jeździł. Pomyślałam o nim – to wysoka półka. A, że ja wysoko mierzę…

Ruszyłaś na podbój?

Mimo, że jestem wygadana, to w tych sprawach nie jestem przebojowa. Chwilę mi zajęło, zanim zdobyłam się na odwagę, by z nim porozmawiać. Pamiętam, że Sławek miał dziewczynę. Byliśmy wszyscy na obozie jeździeckim. Mieszkałam z nią. Sławek odwiedzał ją, a ja byłam tłem w tym towarzystwie. Kiedy im nie wyszło, wysłuchiwałam Sławka, pocieszałam go, dawałam mu wsparcie i w pewnym momencie zauroczył się mną. Zaczęliśmy być razem, kiedy miałam 15 lat. Wiedziałam, że za niego wyjdę. Pisaliśmy do siebie listy, mam ich mnóstwo do dzisiaj, dzwoniliśmy, później spotykaliśmy się raz  w miesiącu, raz w tygodniu, a w końcu codziennie i pobraliśmy się w młodym wieku, gdy miałam 20 lat.

Też jesteś zawodniczką. Rywalizujesz z mężem?

Nie. Od zawsze tworzymy team, zarówno prywatnie, jak i zawodowo jesteśmy partnerami. Od poznania Sławka jeździłam z nim na zawody jako luzaczka. Byłam przy nim na wszystkich zawodach od 2000 roku. Po ślubie rozpoczęłam systematyczne starty na zawodach. Początkowo jeździłam niskie konkursy, ale wyjazdy na coraz to poważniejsze zawody zmotywowały mnie do ostrych treningów. Talent Sławka jest doceniany przez hodowców i właścicieli koni. Mój tata również jest hodowcą koni. Mamy do dyspozycji kilka koni klasy Grand Prix. Dzięki temu startowałam kilkakrotnie na zawodach ogólnopolskich w konkursach tej rangi, co daje mi dużą satysfakcję. Nie mogę i nie chcę porównywać się ze Sławkiem. Uwielbiam być jego dopełnieniem. Wiem, że nigdy mu nie dorównam i chyba bym nie chciała. Lubię swój poziom, do którego doszłam i w którym cały czas się realizuję.

Jak Cię mąż ocenia jako jeźdźca?

Trochę za wysoko. On chciałby, żebym była jak najlepsza. Na treningach potrzebuję dużo motywacji i wsparcia psychicznego, czasem wręcz oszukiwania. Sławek ma do mnie bardzo dobre podejście. Nie jestem łatwym uczniem. Dużo jest we mnie lęku. Mam trójkę dzieci i strach o siebie jest w gruncie rzeczy strachem o nie.

Masz troje dzieci i dopiero 29 lat. Co dzieci zmieniły w Twoim życiu?

Zawsze byłam systematyczna, dużo się uczyłam, miałam zorganizowane życie, a teraz pojawił się inny rodzaj zorganizowania. Dzieci dowartościowały moje życie. Zawsze chciałam odzwierciedlić dom, w którym wyrosłam i relacje, jakie w nim były. Dzięki mojej wspaniałej mamie nie mam problemów z wyjazdami na zawody. Ona zawsze z uśmiechem pomaga mi nawet kilka dni w tygodniu w wychowywaniu dzieci. Oświadczyny, ślub, pięć miesięcy później zaszłam w ciążę, a w wieku 21 lat urodziłam pierwsze dziecko. Wtedy nie wydawało mi się, że to za wcześnie. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, może tak, ale właściwie cieszę się, że mam już to za sobą.

Co Ci dają konie? Przeczytałam takie zdanie: Związek z koniem bywa dla kobiety substytutem związku z innym człowiekiem

Nie tylko dla kobiety. Widzę to po swoim mężu. Dla niego konie to nie tylko praca, ale i pasja. On woli pracować ze zwierzętami niż prowadzić treningi ludziom. Jeśli chodzi o mnie, często rozmawiam z końmi. Wyjście do konia jest relaksem. Nie jestem typową matką Polką i nie mogę cały dzień siedzieć w domu. Mam swoje ambicje i nigdy nie chciałam zaszufladkować się jako gospodyni domowa.

Jak wygląda Twój dzień?

Wstaję o siódmej. Karmię najmłodsze dziecko, budzę dzieci do szkoły, robię im śniadanie, dwójkę odwożę do szkoły i przedszkola, a najmłodsze do niani. Idę do sklepu po bułki, wracam i wypijam kawę, zjem albo nie zjem i wychodzę do stajni jeździć dwa konie, potem wracam na drugie albo pierwsze śniadanie i znów jeżdżę do około 15. Potem jadę po dzieci i albo mam obiad zrobiony poprzedniego dnia, albo gotuję. Czasami teściowa coś przyniesie dobrego. Później spędzam czas z dziećmi, a czasami bywa tak, że dużo rzeczy nie zostało zrobionych w stajni, więc zabieram tam dzieci, żeby dokończyć czyszczenie sprzętu. Czasami prowadzę jazdę. Wieczorem bawimy się i odrabiamy lekcje. Kiedy dzieci zasną, lubię usiąść przed telewizorem i obejrzeć film. Ale do tego potrzebny jest słonecznik do łuskania! Kiedy wyjeżdżamy na zawody, to jest cała akcja pakowania walizek. Wywożę dzieci pod Przemyśl i jadę koniowozem na zawody np. 600 km. Ostatnio mój tata stwierdził, że jestem perfekcjonistką, ale ja tak nie uważam.

Co innego perfekcjonista miałby powiedzieć?

Pamiętam, kiedy byłam mała, zadzwoniłam do domu domofonem. Tata otworzył. Zapytał, dlaczego mam rozsznurowane buty. A ja, czekając pod drzwiami, zaczęłam je rozsznurowywać, żeby nie tracić czasu, kiedy już wejdę do domu. Taka cecha została mi do dzisiaj. Nie marnuję czasu, tylko staram się zagospodarować każdą chwilę i robić kilka rzeczy na raz albo z wyprzedzeniem.

Kiedy mieliście ostatnio czas dla siebie ze Sławkiem?

Odwoziłam niedawno siostrę na lotnisko. Niespodziewanie przyjechał autobusem do Rzeszowa i powiedział, że zabiera mnie do restauracji na kolację. Kiedyś w jego mniemaniu restauracją był też McDonald’s, na tym opierał się jego romantyzm. Pod tym względem bardzo się różnimy. Mój romantyzm jest wybujały, a on jest skrajnym pozytywistą. Połączenie tego przynosi ciekawe rezultaty. Ja go wciągam w romantyczny świat, a on uczy mnie hartu ducha.

Podobno wiele par w środowisku jeździeckim nie jest szczęśliwych. Zauważyłaś, że wierność to problem?

W każdej branży zawodowej pojawia się ten problem. Śmieję się, że dlatego tak chciałam podszlifować swoje umiejętności jeździeckie, żeby wyjeżdżać ze Sławkiem na zawody, bo chciałam mieć go na oku. Całe szczęście, bardzo mu ufam. Widzę, jak zachowują się zawodniczki i zawodnicy. Ludzie są tylko ludźmi i błędy się im zdarzają. Miałabym spory problem z wybaczeniem zdrady. Wypracowałam sobie u męża szacunek i przywiązanie. W związkach to kobieta jest motorem napędowym uczucia i musi tak lawirować, żeby partnerowi było dobrze, żeby nie czuł się zmęczony, żeby wracał stęskniony. Kobietom potrzebny jest spryt, żeby udało się wytworzyć w domu taką atmosferę, na jakiej im zależy. Mężczyźni zwykle nie widzą sensu w tym, że to, co jest między dwojgiem ludzi, wymaga ciągłego budowania. Dla nich jest albo fajnie, albo nie.

Czy myślisz, że jeździectwo jest zmysłowe?

Bardzo. Harmonia między nim a koniem to zupełnie niezwykły poziom zmysłowości. Konie są przykładem czystego piękna, są wykorzystywane w filmach, w reklamach po to właśnie, żeby wywołać zachwyt. Strój jeźdźca podkreśla ciało, więc coś jest na rzeczy z tą zmysłowością…

Czy Tobie - zawodniczce przeszkadza to, że jazda konna kojarzy się właśnie ze zmysłowością?

Raczej nie. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy z końmi mają jeszcze niewiele wspólnego, uważam na słowa i nie mówię, że jeżdżę na koniu tylko jeżdżę konno.

Czujesz się kobieco?

 Nie potrafię powiedzieć o sobie, że jestem piękna. Mam dwie siostry i brata, i to z nim spędzałam najwięcej czasu. Pracowaliśmy razem w stajni, graliśmy w piłkę, stawałam na bramce i zawsze obrywałam, ćwiczył też na mnie karate. Zawsze miałam więcej kolegów niż koleżanek. Z synami łatwiej łapię kontakt niż z córką, przy której muszę się wysilić, żeby jej nie urazić. Sławek często mówi mi, że ślicznie wyglądam. Czasami jednak czuję niedosyt, a on z kolei uważa, że pewne rzeczy są tak oczywiste, że nie trzeba ich mówić. Lubię dobrze wyglądać, ale nie lubię zwracać na siebie uwagi. Tą sesją byłam przerażona. Dzwoniłam do Gosi Lewickiej tysiąc razy i pytałam, co mam zrobić, żeby dobrze wyjść na zdjęciu. Nie mam swojego ideału kobiety. Mam taki tryb życia, że nie mam czasu na to, żeby siebie pozytywnie postrzegać. Do fryzjera chodzę rzadko, taka wizyta to chyba rarytas. Fryzura dla mnie musi być mało wymagająca, bo włosy trzeba związać szybko pod kask.

Jakie jest Twoje kobiece marzenie?

W wielu kwestiach moje marzenia się spełniły. Ale chciałabym, aby w przyszłości moje dzieci widziały we mnie wzór do naśladowania i mogły rozwijać swoje zainteresowania bez przeszkód. A ja może kiedyś wygram swoje pierwsze Grand Prix.

Wywiad ukazał się w miesięczniku Świat Koni 1/2013

Komentarze (2)

:( (niezarejestrowany)4 miesiące temu

Żenujący kotlet odgrzewany... Ci, którzy znają realia to mają bekę niezłą... bo pytania pani dziennikarki najlepiej świadczą o braku znajomości środowiska...

Zofia (niezarejestrowany)1 miesiąc, 3 tygodnie temu

Bardzo słaby wywiad bardzo słabej pani, która tak sobie wyobraża bycie dziennikarką

Dodaj komentarz



Wciśnięcie przycisku poniżej jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu komentarzy.