reklama
reklama

Ona, on i... koń

Marta Nowakowska | 10 lutego 2017

Ona, on i... koń

Pół roku temu na portalach społecznościowych pojawił sie rysunek, który zrobił furorę wśród damskiej części społeczeństwa uprawiającej jeździectwo. Na owym rysunku była dziewczynka z konikiem, a obok do zaznaczenia status: singielka, mężatka, rozwódka, właścicielka konia. Oczywiście zaznaczone ostatnie. Dlaczego ten koń tak wiele zmienia w relacjach międzyludzkich? Oczywiście tych, gdzie ona jeździ, a on do tej pory konia widział na filmach.

REKLAMA

reklama

Futrzasty problem w relacjach damsko-męskich

Zabiera czas, pieniądze i uwagę. Niekoniecznie w tej kolejności. Do konia trzeba pojechać, wyczyścić, pojeździć lub potrenować. Najczęściej trzymany jest poza miastem, więc czas dojazdu to pół godziny, godzinę czy półtora. Dla przeciętnego mieszczucha wracamy po stajni “pachnąc intensywnie”, a razem z nami ubrania, szafa, samochód. A koszty przyprawiają o zawrót głowy. Wszystkie zarobione pieniądze idą na konie. Z samochodu odpada zderzak, buty mają dziurawe podeszwy, ale koń musi mieć nową derkę polarową, bo się przeziębi. Trzeba go zaszczepić. Odrobaczyć. Podkuć. Rozkuć. Prześwietlić. Listę można wydłużać...

Uczymy!

Zakładając, że “jak poznają, to pokochają”, właścicielki koni zaczynają uczyć. Sama to robiłam z różnym skutkiem. Najpierw odpowiedni koń. Potem czyszczenie. Okrzyk przerażenia, jak nasz “uczeń” bezstresowo staje pomiędzy zadnimi nogami dwóch ogierów. Pierwsze lonże i zachęcanie: Świetnie sobie radzisz, nauka jazdy konnej zajmuje czas, a później dokładne oglądanie grzbietu konia, czy rzucający się ukochany worek kartofli nie narobił jakiś trwałych uszkodzeń. Kończąca się szybko cierpliwość, bo chciałoby się pojechać razem w teren, a wiesz, że on potrafi za mało, a on już by chciał pogalopować w siną dal, a na razie z trudem anglezuje. W końcu coraz rzadsze wizyty w stajni, bo dla obojga jest to męczące. Znam dziewczyny, które wykupywały jazdy indywidualne dla swoich facetów, uważając, że relacja nauczyciel-uczeń odbije się niezdrowo na związku. 

Pomysł “pozna, to pokocha” najczęściej ma dwa zakończenia. Albo partner na tyle pozna jazdę konną, że czasem potowarzyszy swojej kobiecie na konnym spacerze, albo zrazi się i przeklnie konie do końca swego życia. Osobiście nawet ze słyszenia nie znam historii, w której on “połknął bakcyla” i jazda konna stała się jego pasją.

Historie, jakich wiele

Martyna (28 lat): Moje marzenie to partner, który potrafi jeździć w trzech chodach, rozumie czyszczenie, siodłanie i prowadzenie w ręku. Próbowałam uczyć mojego byłego chłopaka, ale problemem był mój koń, który absolutnie nie nadaje się na profesora. To była tragedia. Koń się wściekał, ja nie dawałam sobie rady z uczeniem faceta, który też nie wiedział, o co chodzi. Konie, zamiast nas zbliżyć, oddaliły. On nie rozumiał, co ja widzę w kontakcie z moją kobyłką. Stawał się zazdrosny. Później nastąpił czas, że każdy z nas poświęcał się własnemu hobby, a w końcu - nie mieliśmy czasu dla samych siebie. Choć myślę też, że nie każdy związek jest w stanie przetrwać układ mistrz-uczeń. Związek z facetem jeżdżącym, tzw. koniarzem - wykluczony. Próbowałam i to stało się nieznośną rywalizacją o to, kto jeździ lepiej, kto ma większe sukcesy, kto ma lepszego konia. Teraz jest dla mnie najważniejsze, by mój partner akceptował moje hobby. Przyjechał ze mną do stajni i się nie nudził. I nie kręcił nosem na to, że wracam ze stajni koniem śmierdząca.

Hania (26 lat): Chciałabym, żeby ten sport stał się wspólnym zainteresowaniem. Najgorsze, co może być, to gdy wracamy wieczorem do domu i jedyną wspólną rozrywką jest bierne oglądanie telewizji. Są takie rzeczy, które powinny łączyć, żeby wspólnie spędzać aktywnie czas. Prowadzimy osobne życia, więc warto by ten czas wolny spędzać razem, a nie osobno. Zwłaszcza, że obcowanie z koniem daje dużo przyjemności, uczy pokory i wytrwałości w dążeniu do celu. Uważam, że to wspomaga więzi partnerskie w związku.

Agnieszka (32 lata): Każdy mój facet przynajmniej próbował jeździć konno. Nigdy nie było to tak, że ja ich namawiałam. Sami chcieli spróbować zbliżyć się do mojej fascynacji. Bardzo szybko się orientowali, że konie to moje życie i mogą albo związać się ze mną całkiem, albo w ogóle. Z jednym jeździliśmy na długie tereny po lasach. Inni - to było parę prób na lonży. Chwilowe wyzwanie. Nie przetrwał ani związek, ani jazda. Czasem mam wrażenie, że to jest jakaś rywalizacja; facet nie może pogodzić się z faktem, że jego kobieta jest w czymś znacznie lepsza i on jest w tym momencie całkowicie zależny od jej umiejętności.

Zazdrość o futrzaka

Brzmi absurdalnie? Ale zdarza się. O czas i uwagę, które kobieta poświęca swojemu wierzchowcowi. Od częstego: Nie pójdę z Tobą na spotkanie/kolacje/imprezę, gdyż mam trening/mój koń coś kiepsko wyglądał/już dwa dni nie jeździłam, po Nie możemy wyjechać na wakacje na długo i zbyt daleko, bo co będzie, jak pływając w Egipcie dowiem się, że koń ma kolkę? Trzeba będzie natychmiast wrócić.
Koń postawiony zawsze na pierwszym miejscu może zniszczyć każdy związek. Nie należy przesadzać w żadną stronę. Posiadając konia należy dzielić czas między niego a partnera... Czasem mam wrażenie, że status “właścicielka konia” wyklucza wszelkie relacje międzyludzkie z wyjątkiem relacji z pozostałymi “właścicielkami koni”. A z drugiej strony, sama usłyszałam kiedyś, gdy koń zakolkował mi w Sylwestra, że obiecałam przecież iść na imprezę i zaraz potem, że dokonałam wyboru. I że zawsze będę sama.
Zazdrość czasem przyjmuje zupełnie niespotykaną formę. Spotkałam się kiedyś ze znajomą, która uczyła swojego partnera jeżdżenia konno. Wiedziałam, że całkiem nieźle im szło, jeździli razem w tereny, on sam “połknął końskiego bakcyla”. Dowiedziałam sie, że niestety musiała się rozstać z facetem, gdyż... jej klacz wolała jego od niej. Znajoma nie mogła znieść tej sytuacji i zerwała dwuletni związek. Z facetem oczywiście. Koń pozostał.

Bo cały w tym ambaras, żeby dwoje chciało na raz…

Jeździć konno? Nie. Akceptować siebie i swoje życie nawzajem. Wiem, że akceptowanie konia to nie to samo co psa czy kota. Ale nie wynika to z wielkości zwierzęcia ani obowiązków. Chyba raczej z faktu, że mimo wszystko nadal mało osób ma kontakt z końmi, natomiast w większości domów był czy jest jakiś pupil. My, kobiety, staramy się na siłę zainteresować końmi, które stanowią część naszego życia. Błąd. Nie róbmy tego. Starajmy się o akceptację. Facet nie musi z nami jeździć konno. Nasza pasja nie musi być jego pasją (czy jeżdżąc konno mamy czas uczestniczyć także w jego hobby? Uczymy się wspinaczki, sklejamy modele czy przygotowujemy się do maratonu?). Ale musimy mieć wspólne tematy rozmów. Nasz świat, wchodząc w relacje z innymi ludźmi, też staje się jego światem. Facet nie musi jeździć z nami na dzikie galopy po lesie. Ale wieczorem może wysłuchać, że nasz ulubieniec świetnie spisał się na treningu, wysłuchać ze zrozumieniem, ucieszyć się albo doradzić. A przede wszystkim rozumieć, o czym my, jako “amazonki”, mówimy i co przeżywamy.

Marta Nowakowska
artykuł opublikowany w Świat Koni 1/2014

Komentarze (16)

Rudaa (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

Mnie i mojego partnera konie połączyły, spotkalismy sie w stajni i od tego sie zaczelo ;) Ja jeżdżę bardziej ujezdzeniowo on natomiast laczy wszystkie style jazdy w jeden "jego prywatny styl" jak ja to nazywam hehe. Na poczatku znajomości byl niereformowalny, próbowałam poprawic to i owo w jego podejsciu do konia no i po pół roku walki udalo nam sie dogadac, zaczął współpracować! Nie minęło troche czasu i spotkania w stajni przeniosly sie do kawiarni, kina itp. Takze konie potrafia połączyć ludzi ;)) Jestesmy para od ponad roku i spodziewamy sie dziecka ;))

abw (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

Czemu w ogóle ma służyć ten tekst. Nie wszyscy ludzie interesują się tym samym. Dlaczego więc chcecie, żeby kobiety zmuszały swoich facetów do koni. Jak masz autorko tekstu z tym problem to albo pomyśl nad sobą... albo znajdź sobie faceta, który interesuje się końmi. Myślę, że jazda konna to dosyć specyficzna rekreacja, ponieważ współpracujemy z żywym zwierzęciem. Nigdy nie przewidzimy zachowań zwierząt a tym bardziej nie przewidzi ich osoba, która z końmi do czynienia nie miała. Stąd mogą wynikać lęki lub niechęć. Może więc jeśli masz problem z odciągnięciem faceta od telewizora to spróbuj rower, narty, samochody etc? Użyj trochę empatii i zainteresuj się silnikiem samochodowym lub piłką nożną. Zakładam , że znuży Cię to w ciągu 10min. Ale facet nie nalega byś się tym interesowała. Więc ponawiam pytanie, czemu ma służyć ten tekst? Mam nadzieję, że nikt nie weźmie na poważnie tych głupich babskich wymysłów.

JA (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

mój maż nigdy konno nie jeździł. i nie wyraża większej chęci nauczenia się. jednak od zawsze pomaga mi konia wyczyścić, osiodłać. swego czasu nawet mi go rozstępowywał, bym mogła szybciej wsiąść po poprowadzonych treningach innym. teraz chętnie przyjeżdża do stajni oglądać moje treningi, jeździ na zawody i kibicuje. gdy trenuję, zajmuje się naszym synem. i szczerze? cieszę się, że nie jest to nasza wspólna pasja. ale też jestem absolutnie zachwycona, że moja pasja jest przez męża zaakceptowana i że on sam mnie motywuje do dalszego rozwoju w jeździectwie.

Alicja (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

podstawą zgodnego związku są podobne zainteresowania, nie widzę nic złego by spróbować przekonać swojego partnera do tych pięknych zwierząt. Nie ma nic lepszego jak wspólny spacer do lasu na grzbiecie konia.

Michalina (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

Dzięki jeździe poznałam swojego chłopaka ;) Znaliśmy się z widzenia ze szkoły i kiedy wyszło że zaczał jeździć to się porozumieliśmy dzięki znajomej i już od 5 lat jesteśmy razem. On ma stajnie a ja w niej jeźdżę. Kłótnie co do sposobu obejścia z końmi były nie raz :D Ale nigdy nie próbowaliśmy ze sobą rywalizować :) Jeździ na zawody luzakuję mu, ja startuję on pomaga mi. Kiedy któreś z nas ma mniej czasu lub jest chore, zajmujemy się końmi drugiego. Pomagamy sobie, czyścimy nawzajem, siodłamy, rozstępujemy. I tak na ogół wygląda :) Dziwnie było by być z kimś kto nie podzielałby pasji :)

Emi (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

A mi się udało bo wzięłam sobie za męża mężczyznę z koniem! :)

Maniola (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

Wsadziłam męża 3 razy na konia, raz nawet udało mu się spaść, jednak nie ten fakt go zraził. Jako miłośnik dwóch kółek i koni mechanicznych uznał, że w tym przypadku rama jest kompletnie niestabilna i nie czuje się z tym dobrze. Do stajni czasem zagląda, czy nawet towarzyszy na zawodach, chociaż nie ukrywa że to nie jego ulubione zajęcie. Jednak dało się znaleźć pewien kompromis i w tereny jeździmy razem - ja konno, mąż rowerem :) Utrudnienia są różne - bo tak jak koń z chęcią pogalopuje po piachu czy pod górkę, tak trudno mu jest dorównać rowerowi na asfalcie czy z górki, więc na zmianę któraś ze stron musi zwolnić tempo i poczekać. Jednak zawsze jest to jakaś forma spędzenia czasu wspólnie na świeżym powietrzu i każdy robi to co lubi.

aga (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

Uśmiałam się czytając artykuł bo jest absolutnie prawdziwy i jakbym siebie widziała. Miałam 4 partnerów którzy byli zazdrośni. I to nie o codzienne treningi tylko o sam fakt że jeżdżę do konia, że o nim myślę. Pierwszy kazał wybrać - koń, albo ja. Cóż, to nie koń mnie wybrał, więc sprawa była oczywista. Kolejny na siłę chciał zostać kowbojem ale mu nie szło i obrażał się na uczących go i na konie. Trzeci i czwarty byli na stajni może po 5 razy w ciągu paru lat znajomości, choć chwalili się wszędzie jak to oni konie mają. Coż.... Odpuściłam, a po chwili znalazłam partnera, który bez mojego nacisku pokochał moje konie i nauczył się podstaw w kilka godzin! Teraz on nie wyobraża sobie życia bez koni. Takich partnerów wam życzę!

agra (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

Dobrze mieć wspólne hobby,ale nic na siłę..Ja zaraziłam końmi mojego-byłego już-chłopaka. Nauczył się przy mnie podstaw i wkręcił się w to.Ten fakt bardzo cieszył i sporo czasu spędzaliśmy w stajni. A później zwiał z naszą koleżanką z koni,a mi ostał się konik, którym kiedyś razem się opiekowaliśmy.

Karolina Kamocka8 miesięcy, 1 tydzień temu

Mój facet koni nie lubi. Od początku byłam tego świadoma więc też do niczego nigdy go nie zmuszałam. Nie ma nic przeciw temu, że ja sobie pojadę do stajni "byleby mnie żadem głupi koń nie zabił". Pokręci nosem, bo śmierdzę jak z takiej wycieczki ze stajni wrócę, ale nie marudzi jak chcę pożyczyć auto żeby do tej stajni jechać. Wie, akceptuje ale on nie chce mieć z końmi nic wspólnego. Trudno, nie musi tego lubić, rozumiem to. Myślę, że nawet na lepsze nam to wychodzi.

VIP (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

podstawą dobrego związku jest sex.

do VIP (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

dwojga ludzi ?,a gdzie koń?

Poznan do do VIP (niezarejestrowany)8 miesięcy, 1 tydzień temu

W stajni...

jestemtunowa (niezarejestrowany)8 miesięcy temu

story of my life ;-)

befata4 miesiące, 2 tygodnie temu

cieszę się, że większości paniom z opinii powyżej udało się pogodzić stajnię z małżeństwem. Jedyne co mnie zaciekawiło to czy one posiadają własnego konia czy jeżdżą rekreacyjnie? Posiadając własnego konia - to spędzanie w stajni minimum 2-3 godz dziennie. czyli chodząc do pracy kończy się pracę o 16 dojazd, pobyt w stajni, powrót do domu to minimum 3 godz czyli mamy godz 19.00-20.00. i tak codziennie, w piątek, świątek i niedzielę. Dla większości z nas posiadaczek własnego konia - stajnia to nie tylko miejsce do pojeżdżenia ale również nasze życie towarzyskie. Ponad 20 lat przy koniach widziałam na szczęście szczęśliwe związki ale niestety były one marnym odsetkiem. I są to przeważnie zawiązki koniarz - koniara. Niestety stawiając nas ( mnie) przed wyborem koń czy partner... wiadomo wygra koń. Nie jesteśmy wstanie zrezygnować z naszego futrzanego szczęścia czterokopytnego. A do furii może nas doprowadzić pytanie: po co Ci kolejny czaprak? i ciche dni zapewnione :)

robert (niezarejestrowany)2 miesiące, 3 tygodnie temu

Szukałem dosyć długo koniary z okolic Warszawy,chciałem aby nauczyła mnie jeździć,pracy z końmi i przy koniach i jakoś ciężko znaleźć taką kobietę...a tutaj takie narzekanie,że faceci nie rozumieją etc.Ale pewnie to też kwestia wieku bo mam 43 lata, a jeżdżą głównie młodsze panie...

Dodaj komentarz



Wciśnięcie przycisku poniżej jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu komentarzy.