Królowa nosi pancerz

Iga Przybyszewska | 9 sierpnia 2016

Królowa nosi pancerz

W ostatnią niedzielę nasz świat jeździecki cieszył się z sukcesu polskich powożących na Mistrzostwach Świata w powożeniu zaprzęgami jednokonnymi. Weronika Kwiatek przywiozła dwa srebrne medale - indywidualny i zespołowy. Z tej okazji przypominamy "Duży Wywiad" z Weroniką, który ukazał się w naszym miesięczniku.

REKLAMA

reklama

Rozmowa przeprowadzona w październiku 2014 r.

…i wynika to z doświadczenia. Ta niespełna trzydziestoletnia kobieta  może pochwalić się licznymi startami na międzynarodowych i polskich zawodach w powożeniu zaprzęgami jednokonnymi, dość wspomnieć dwa ostatnie jej sukcesy: Mistrzostwo Polski i 5 miejsce na Mistrzostwach Świata na Węgrzech. Stadnina Koni Pępowo, w której pracuje Weronika, pęka z dumy. Nazwisko Kwiatek zobowiązuje, w końcu brat zawodniczki, Bartłomiej, z Sudeckiego Ludowego Klubu Sportowego Książ, swoich medali nie wymieni na jednym wydechu.  Czy istnieje między zdolnym rodzeństwem rywalizacja? O tym, co zahartowało w życiu Weronikę i co wpłynęło na jej wielką zmianę, opowiedziała nam nie owijając w bawełnę. Bo taka Weronika jest. Szczera, silna, a dziś trochę bardziej refleksyjna niż kiedyś. I jak na królową przystało, jest tylko jedna.

Twój obojczyk jest dość oryginalny…

Weronika Kwiatek: Widzisz, tak się dziwnie zrósł. Może opowiem o tym od początku. Rozpoczęłam sezon pomyślnie. Tydzień po tygodniu startowałam. Uplasowałam się na drugim miejscu w Czechach i na Węgrzech. Zapowiadało się nieźle. Pojechałam na kolejne zawody z moim starszym, podstawowym koniem. W maratonie, na trzeciej przeszkodzie, bryczka wpadła w dół i przy dosyć dużej prędkości przewróciła się. Spadłam na ziemię, bryczka mnie jeszcze dobiła. Złamałam obojczyk w dwóch miejscach. I wtedy zaczął się dramat, ponieważ cały sezon, wszystkie plany zawodowe stanęły pod ogromnym znakiem zapytania. Nic nie mogłam robić, tym bardziej, że to była prawa ręka. Obiecałam sobie, że wrócę do treningów najpóźniej na początku sierpnia, ponieważ w połowie tego letniego miesiąca były mistrzostwa Polski, a we wrześniu mistrzostwa świata. Musiałam wystartować dla siebie, żeby uniknąć traumy. Nie chciałam mieć urazu przed prędkością w maratonie. I to mi się udało, wróciłam do treningów. Zdobyłam tytuł Mistrzyni Polski w Powożeniu…

A na mistrzostwach świata zajęłaś wysokie piąte miejsce. W mistrzostwach Polski nie odczuwałaś strachu przed startem?

Nie, jednak jak zaczęłam maraton, dojeżdżałam do pierwszej przeszkody, to sądziłam, że się zatrzymam i zrezygnuję. Taka złapała mnie blokada, że zaczęłam płakać i powtarzać, że nie wjadę. Mój luzak, który pierwszy raz ze mną startował, nie mógł mnie poznać, nie wiedział, o co chodzi, a znamy się nie od dziś. To było przerażenie. Pierwszą przeszkodę pojechałam bardzo nerwowo, nie w moim stylu, ale z każdą następną było lepiej. Od połowy trasy maratonu jechałam bardziej płynnie, przestałam się trząść ze strachu. Teraz widzę, jak bardzo potrzebny był mi ten start.

Trudno mi sobie wyobrazić, co czułaś w chwili wypadku.

Przerażający był moment niewiedzy. Zdałam sobie sprawę, jak jest poważnie, skoro nie mogłam się ruszyć. Chciałam podnieść głowę, żeby sprawdzić co z koniem. Trzymałam cały czas lejce w ręku. Całe szczęście koń zatrzymał się na komendę słowną. Gdyby zrobił parę kroków dalej, mógłby mnie zmiażdżyć. Byłam między słupkiem a bryczką. Jestem mu wdzięczna za to, że mnie posłuchał wtedy. Koń w maratonie, w pełnym galopie, jest jak potężna, pędząca maszyna. Bezsilność jest okropnym stanem. Jestem bardzo aktywną osobą i kiedy zaczęło do mnie docierać, co ze mną będzie przez te kilka długich tygodni, to wpadałam w frustrację. Pierwsze dni po wypadku były trudne psychicznie. Całe szczęście miałam przy sobie ludzi, którzy podnosili mnie na duchu. Nie mogłam nic sama zrobić, trwałam w półleżącej pozycji. Moja koleżanka, która nie należy do kur domowych, z powodu tego wypadku przeprosiła się z kuchnią i przygotowywała mi kaszkę mannę i kakao, kiedy miałam na to ochotę. Nigdy bym jej o takie cuda nie podejrzewała. Dzięki pomocy bliskich łatwiej minął ten czas bólu, złości i niemocy.

Czy ten wypadek nie zasiał w Tobie ziarna niepewności, czy kontynuować ten sport?

Nie. To był nieszczęśliwy wypadek. Mogłam inaczej pojechać, bardziej się rozejrzeć. Nie pozostaję bez winy, można było temu zapobiec. To zdarzenie na pewno nauczy mnie uważności  podczas obierania trasy, ale nigdy nie zwątpię w to, co jest całym moim życiem.

Zaczęłyśmy od obojczyka, to kontynuujmy prześwietlenie. Co masz wytatuowane na przedramieniu?

Jest to hasło „breathe easy” [oddychaj swobodnie - przyp. red.]. To tytuł piosenki, a także ważne dla mnie sformułowanie. Szybko się denerwuję, jestem perfekcjonistką. W takich momentach wiele razy słyszałam radę: uspokój się, weź głęboki oddech. Miałam plan, żeby zrobić sobie tatuaż, długo myślałam, co by to mogło być. Nie chciałam, żeby to nic nie znaczyło. Kiedy się denerwuję, spojrzę na rękę i przypominają mi się te wszystkie sytuacje, w których „breathe easy” mi pomogło.

Takie hasło pasuje sportowcom, którzy non stop mierzą się z emocjami na najwyższym poziomie, stresem i presją czasu. W czasie maratonu udaje Ci się zachować spokojny oddech?

To jedyne wyjście, żeby dobrze maraton ukończyć. I jednocześnie największa trudność. Mimo tylu emocji, które towarzyszą startom, trzeba zachować wyjątkową koncentrację i opanowanie. Za każdym razem, kiedy wkradają się nerwy, ma to negatywne odzwierciedlenie na wyniku.

Czy Twoje nazwisko ma, według Ciebie, pewne obciążenie?

Wiem, do czego pijesz. Dobrze, że pytasz o mojego brata, Bartka. Ludzie przeceniają rolę rywalizacji między nami. Zawsze będę życzyła mu jak najlepiej. Jeśli miałabym wybrać, komu ma lepiej pójść na zawodach, to wolę, żeby to mnie powinęła się noga, bo wiem, że sobie poradzę, że mogę na zwycięstwo poczekać. Jak będzie trzeba, oddam mu ostatnią koszulę. Nigdy nie porównywałam się do Bartka, bo mamy totalnie różne historie, jeździmy innymi końmi, pracujemy w różnych stadninach. Łączy nas ta sama konkurencja, czyli zaprzęgi jednokonne. Oczywiście, jak jadę na zawody, to nie ma zmiłuj, nie zwolnię konia, nie pojadę specjalnie gorzej, żeby on mógł wygrać, bo to byłby absurd, ale dotychczas to była nie ta liga, nie byłam w stanie przez długi czas zbliżyć się do jego poziomu. Jadąc na zawody i mając świadomość, że jestem od niego parę półek niżej, nie oczekiwałam, że będę z nim konkurować. Dwa lata temu zaczęłam dorównywać Bartkowi swoimi umiejętnościami. Zaczęło to być widoczne na zawodach. W tym roku udało mi się zwyciężyć, ale to nie było tak, że stawiałam krzyżyki na ścianie i odliczałam, kiedy nadejdzie ten dzień. Bartek jest zawodnikiem ze ścisłej czołówki światowej, więc jest to facet, którego warto gonić i podpatrywać. Jeśli wygrywam z nim, czuję, że mogę ścigać się z każdym. Po wygranej w mistrzostwach Polski ludzie mówili mi zadowoleni, że w końcu wygrałam z bratem. I to „w końcu” bardzo podkreślali. Nie odczuwałam takiej radości jak oni. Cieszyłam się z wygranej, ale to nie jest zwycięstwo, na które czekałam całe życie. Moim marzeniem jest to, żebyśmy obydwoje byli w świetnej formie i rywalizowali ze sobą na zasadach fair play. Dziś dysponuję takimi końmi, które pozwalają mi ścigać się z Bartkiem i czuję, że wszystko idzie swoim tempem, tak jak powinno.

Wiesz, co mówią złośliwi? Wygrałaś mistrzostwa kraju, bo Bartek akurat dysponował słabszym koniem.

Bartek nie wystartował swoim podstawowym koniem, ale takim, który od paru lat startuje w zawodach międzynarodowych, który miał przygotowanie do tej rangi imprezy. A ja, co ci złośliwi przeoczyli, również nie startowałam swoim podstawowym koniem, tylko takim, który pokazał się publiczności chyba ósmy raz w życiu, który już był dwoma nogami w zaświatach, który wiele przeszedł. Igielin, bo o nim mówię, kiedy miał sześć lat i pojechał na zawody do Czech, wyszedł bardzo chory z transportu. Miał zapalenie płuc, ochwat. W klinice walczyli o niego bardzo długo. Ledwo się udało go uratować. Wrócił do kraju jako wrak konia, sama skóra i kości i zero chęci do życia. Nikt nie wiedział, co mu się w tym transporcie stało. Wypuściłam go na łąki, przyglądałam mu się codziennie i nie widziałam w nim krzty życia. Spisano go na straty. Po roku chodzenia po łąkach zaczęłam go brać do lekkiego treningu, chodził w teren na spacery z młodymi końmi. Zaczął się dzięki temu lepiej czuć, nabierać mięśni. Kiedy nabrał formy, zaczęłam go próbować w zaprzęgu jednokonnym. Było ok i postanowiłam pojechać z nim znowu do Czech na zawody. Przy bardzo mocnej stawce koni udało mu się zająć miejsce w pierwszej dziesiątce. Jeśli ktoś zatem twierdzi, że tytuł Mistrzyni Polski zdobyłam przypadkiem, to znaczy, że nie zna tematu. Igielin, zwany Igi,  przeszedł bardzo trudną drogę, a ja mu w niej towarzyszyłam. Ten koń przez prawie półtora roku nie pracował jak koń sportowy. Ma dopiero osiem lat.

Jak Igi do Ciebie trafił?

Dostałam go od mojego klubowego kolegi. Kiedy zaczęłam pracę w Stadninie Pępowo, mój podstawowy koń, Bartnik, miał sześć lat, a Igielin miał cztery. Zajeżdżony został przez Czarka Jastrzębskiego, wystartował w czempionacie dla 4-latków w Gogolewie. Poproszono Czarka, aby oddał mi jednego ze swoich ośmiu koni. Wybrał Igielinia, który absolutnie nie wyglądał na czempiona. Przez pół roku sztuką było zmuszenie tego konia do szybszego kłusa niż kłus zebrany. Przezywałam go wtedy Rozdziw. Tak był zdziwiony otoczeniem, że nie reagował na żadne komendy. Nawet na lonży nie chciał iść do przodu. Jak już udało nam się nauczyć go pracy, to zaczął strzelać zadami w bryczkę i uciekać, po czym się uspokajał. Nie wiem, skąd mu się to wzięło, na szczęście nie trwało to długo. „Tylko” rok. Przeszło samo. Teraz myślę, że Igi zasługuje na oddzielny artykuł o sobie.

Można powiedzieć, że to Ty zrobiłaś z Igielina mistrza.

Nie zajeżdżałam go, tak jak wspomniałam, ale pracowałam z nim cały czas i uczyłam podstaw. Bardzo przyjemnie mi się z nim jeździ. Jeszcze się nie opatrzył z zawodami, ale mimo to w ogóle się nimi nie denerwuje. To zasługa spokojnej pracy treningowej. Dzięki takiej postawie Igielina podczas zawodów mogę skoncentrować się na sobie. Jest to koń, któremu jak się powie, że ma iść prosto, to tak zrobi i koniec. Bardzo go lubię, to moje brzydkie kaczątko. Choć trzeba przyznać, że w nowych szorach potrafi ładnie wyglądać.

Igielin to niezły przystojniak teraz.

Tak, ale może kiedyś pokażę ci jego zdjęcie z przeszłości. Nie będziesz mogła uwierzyć, że to ten sam koń.

Wspomniałaś o spokojnej pracy z końmi. Opowiedz szerzej o swoich metodach treningowych.

Przede wszystkim z niczym się nie spieszę. Koń powinien mieć czas na to, żeby w pełni zapoznać się z każdym etapem pracy. Oczywiście najpierw musi nauczyć się pracować na lonży. Często pracuję z końmi od początku, więc uczę ich też reakcji na wędzidło, szory. Następnie idą do pary, do konia bardziej doświadczonego. Kiedy nauczą się, że bryczka jest ich przyjacielem, że wszystko przy niej można na spokojnie zrobić, np. rozprzęganie, to wtedy zmniejszam pracę. Konie chodzą tylko na łąkę, a ja wyrywkowo czasem dwa razy w tygodniu albo raz na dwa tygodnie zabieram je do zaprzęgu. Robię im normalne głowy, tak tę metodę określam. Chodzi o to, żeby konie czuły, że ta praca jest dla nich normalna. Tak pracuję z młodymi końmi. Jeśli chodzi o konie szlachetne, mają one pewną trudność. Bardzo dużo czasu mija, zanim zrównoważą się do zaprzęgu, zanim zbudują odpowiednie mięśnie. Mój brat pracuje z końmi śląskimi, które właściwie rodzą się do bryczki, mają już odpowiednią krzepę. Szlachetne konie pod siodłem potrafią ruszać się wybitnie, a gdy się je podczepi do bryczki – ten ruch znika. Nawet trzy lata trwa to zrównoważenie konia. Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość.

Czyli oprócz tytułu królowej powożenia można dodać tytuł królowej cierpliwości.

Myślę, że z tym drugim tytułem bardziej się utożsamiam, bo kocham zwierzęta i nie lubię przemocy. Cierpliwość do nich po prostu leży w mojej naturze.

A do ludzi?

Z nimi już jest gorzej… Od ludzi wymagam dużo więcej. Przede wszystkim tego, żeby używali głowy. Koniom bardzo dużo wybaczam. Jednak aureolki nie mam, to nie jest tak, że nie używam bata. Czasami zdarza się karniak, trzeba pamiętać, że to są zwierzęta, które przez gapiostwo mogą nam wejść na głowę, a to jest niebezpieczne.

Nie żałujesz, że nie pracujesz ze ślązakami?

Nie, z nimi też nie ma łatwej pracy. To, o czym wspomniałam, to pozytywna cecha, ale mają też negatywne, np. nie są tak wytrzymałe w maratonie jak konie szlachetne. Poza tym, nie wszystkim podobają się te konie, mam tu na myśli sędziów. Dają temu wyraz w punktacji. Nauczyłam się, że mam to, co mam, bardzo szanuję swoją pracę i swojego szefa i staram się widzieć w moich koniach pozytywy. Warto wkładać ciężką pracę w konie, bo później one odwdzięczają się w 200%, tak właśnie jest z Igielinem.

W Szorowni Świata Koni przyznałaś, że zanim zdecydowałaś się na powożenie, to uważałaś tę dyscyplinę za gorszą kategorię sportu. Co się stało, że zmieniłaś zdanie?

Zauważyłam przede wszystkim trud pracy, jaką trzeba włożyć w to, żeby koń funkcjonował na wysokim poziomie. Widzowie często nie zdają sobie sprawy z tego, jak powożenie wygląda za kulisami, ile tam się dzieje. Konie powożeniowców muszą ruszać się jak konie dresażystów, muszą być szybkie i wytrzymałe w maratonie i zrównoważone w konkursie zręczności. To jest duże wyzwanie i dla powożącego i dla konia. Powożenie jest za mało rozreklamowane. Kiedy ludzie pytają mnie, dlaczego warto jeździć  bryczką, odpowiadam im, że jest to sport, w którym może wystartować dziadek z wnuczkiem. Nie ma tutaj żadnych ograniczeń wiekowych. Chciałabym, żeby o powożeniu było głośno. Cały czas z bratem marzymy o tym, by działać też w tym kierunku, ale może jeszcze dziś jesteśmy na to trochę za mali, bo brakuje nam tych milionów, które napędziłyby machinę promocyjną.

Pierwsza cegiełka marketingowa w internecie już jest – strona Kwiatek Driving Team.

Oczywiście, ale to dopiero zalążek naszych działań. Cały czas przecieramy nowe szlaki. Chcielibyśmy pokazać, że w tym sporcie możemy być bardzo wysoko i że jest to sport dla każdego. Zresztą, o tym zawsze mówił nam nasz ojciec, to od niego wszystko się zaczęło.

Wróćmy do tego momentu, kiedy tata namawiał Cię na powożenie.  Jak ten dzień życiowej zmiany wyglądał?

Muszę zacząć opowieść od wyjaśnienia, że byłam kiedyś okrutnie rozpieszczoną córeczką tatusia. Foch z przytupem to był mój standardowy sposób komunikowania się z otoczeniem. Kiedy tata zaproponował, żeby mój pierwszy ukochany kuc, Miś, zaczął chodzić w zaprzęgach, to taki foch właśnie się pojawił. Nieważne, że Miś wyglądał jakby był granatem od pługa oderwany. Tata wiedział jak mnie podejść, z dużym wyczuciem prowadził ze mną negocjacje. Kiedy jeździłam z Misiem skoki, przepisy wyglądały tak, że do 16. roku życia można było jeździć w kategorii pony. Kończył mi się ten limit wiekowy i trzeba było zdecydować co dalej, koń był wtedy młody, trzeba było go eksploatować, a o sprzedaży nie było mowy. Zgodziłam się spróbować powożenia. Zaczęły się treningi i po krótkim czasie skutecznie zaangażowałam się w ten sport. Wówczas organizowany był po raz pierwszy Puchar Polski dla dzieci powożących kucami. To były moje pierwsze zawody i wygrałam je. To był 2002 rok, rok później były pierwsze Mistrzostwa Świata Pony w powożeniu. Kiedy pani Danusia Nowicka zobaczyła mnie na tym Pucharze Polski, to zaczęła mnie namawiać na próbę zakwalifikowania się do mistrzostw świata. To był jeden strumień, wszystko zaczęło się nakręcać. Zdałam sobie też sprawę, że nie osiągnę sukcesów w skokach, a jednak jestem osobą, która bardzo ambitnie podchodzi do sportu. Nie chciałam być jedną z pięciu tysięcy osób, która skacze 130 cm, tylko wolałam znaleźć dla siebie unikalne miejsce w powożeniu.

Po kim odziedziczyłaś tę ciągotę do sukcesów?

Wiesz, chyba nie chodzi o to, że jeżdżę po to, żeby doświadczyć momentu dekoracji. Nie lubię być w centrum uwagi. To może śmiesznie brzmi, ale taka prawda, że lubię najbardziej pracę z końmi, tę drogę krętą i długą, na końcu której jest sukces. Moment, kiedy mam wyjść na środek, przyjąć medal, to już niezbyt komfortowa sytuacja. Za to mój brat uwielbia takie chwile, on wtedy czuje się jak ryba w wodzie.

W dzieciństwie też tak było, że Bartek był w centrum uwagi, a Ty w jego cieniu?

Bartek, jako starszy brat, wszędzie był pierwszy i przecierał szlaki. To było irytujące, strasznie się tłukliśmy jako dzieciaki. Jednak zawsze trzymaliśmy się razem. Często robiliśmy sobie jakieś złośliwości. On wykorzystywał fakt, że jest starszy. Pewnego razu na koloniach nad morzem postanowił w baraku ustawić w rzędzie wszystkich koleżków, którzy przyjechali na turnus. Kazał mi wybrać, który z nich będzie się mną opiekował, żeby on sam mógł mieć wolne ode mnie. Oczywiście odwdzięczałam mu się za każde takie numery. Dużo tych sytuacji napędzałam, prowokowałam go. Z Bartkiem dzieliłam pokój. Jeśli wiedziałam, że będzie chciał wieczorem wyjść z towarzystwem, to dreptałam do mamy i pytałam, czy będę mogła z nim pójść, jeśli poprosi ją o wychodne. Mama zawsze machała ręką i mówiła, że tak. A potem rzeczywiście Bartek ją pytał, czy może wyjść, a ona wtedy mu odpowiadała, że owszem, ale z siostrą. Nie zapomnę do końca życia jego miny, kiedy rwał sobie włosy z głowy i pytał, dlaczego zawsze muszę się z nim wlec. I nieważne, że jak już wyszliśmy, szłam za bratem i jego kumplami sto metrów dalej. Byłam z siebie bardzo zadowolona.

A kiedy zaczęły się u Was pierwsze randki, to też robiliście sobie na złość?

Pewnie. Kiedy przychodził do mnie kolega albo chłopak, to mój brat pojawiał się w pokoju w trzy sekundy i zadawał mu takie pytania, że delikwent już więcej się nie pojawił na horyzoncie. Zawstydzał go albo się z niego wyśmiewał. Bartek miał kiedyś dziewczynę, która wysyłała do niego miłosne listy, a on, jak to chłopak, rzucał te listy gdzieś w kąt, co nie umykało mojej uwadze. Z jednego z listów wyczytałam, jak pieszczotliwie ta dziewczyna go określała. Potem chodziłam za nim i trzeszczałam mu nad głową: jak tam, cukiereczku? Nie znosił tego.

Ten Bartek to tak naprawdę Twój opiekun.

Nawet dzisiaj przesadza z troskliwością. Jesteśmy na zawodach, każdy ma swój pokój w hotelu, a on do mnie przychodzi i mówi, że pora spać. Wiem, że to jest w dobrej wierze, ale sam fakt, że mówi mi o takich oczywistościach sprawia, że czuję się jak ta mała Weronika.

Zawsze dla niego nią będziesz. Stuknie wam osiemdziesiątka, a on będzie mówił, że pora wyjąć sztuczną szczękę przed snem.

To prawdopodobny scenariusz, ale powiem ci, że to jest fajne, bo trudno zbudować z kimś tak silną więź. Z jednej strony, kiedy się kłócimy, to do żywego, nikt nie chce odpuścić, każdy broni swoich racji. Myślę, że to był trudny moment dla niego, żeby zrozumieć, że siostra dorosła i ma coś mądrego do powiedzenia. Ale powiem ci coś jeszcze, Bartek zawsze będzie dla mnie liderem. Jestem przyzwyczajona do tego, że jak gramy w kręgle, to on jest lepszy. Przyjmuję taki margines, że on zawsze, z racji wieku i doświadczenia, będzie przywódcą. Mogę walczyć z nim do końca i pełnią sił, ale jeśli przegram, nie wzbudzi to we mnie sprzeciwu.

Bywają chwile, kiedy chcecie od siebie odpocząć?

Jasne, że tak. To wynika z tego, że nie chcemy siebie ranić, nie chcemy powiedzieć zdania za dużo. Dajemy sobie czas na wystudzenie emocji, a kiedy to się stanie, wracamy do tematu. Cenię między nami to, że zawsze się dogadamy. Chyba nic nas nie jest w stanie poróżnić.

Domknijmy porządek historii i powiedzmy, jak to się stało, że konie pojawiły się w Twoim życiu?

Cała rodzina kochała zwierzęta. Od najmłodszych lat chodziliśmy z bratem do ZOO. Każde zwierzę podobne do konia przyciągało nas jak magnes. Gdziekolwiek była możliwość jazdy, wykorzystywałam ją. Kiedy nasz dziadek kupił sobie kucyka, nie potrafiłam oderwać się od niego. Wszystko przy nim robiłam, czyściłam, głaskałam, poiłam, karmiłam. Później, mój brat, który nie „kochał” szkoły, dostał od taty obietnicę, że za poprawę w nauce będzie skuter. Oburzyłam się, bo ja zawsze miałam piątki, a nagrody żadnej. I tak pojawił się koń, Misiu, który dziś ma 22 lata. Tradycja jeździecka rozpoczęła się w naszej rodzinie przypadkiem.

Sport, który sobie wybrałaś, jest bardziej męski niż kobiecy. Jak odnajdujesz się w tym męskim świecie?

Charakter mam raczej ciężki, jestem silną kobietą i świadomą tej siły. Zdaję sobie sprawę z tego, że zajmuję się czymś, w czym prym wiodą mężczyźni, ale nie przywiązuję do tego wagi. Wielokrotnie jest mi ciężko, jednak dobrze się w tym odnajduję. Może to dlatego, że zawsze lepiej dogadywałam się z mężczyznami niż z kobietami? Od dziecka czułam, że mogę zrobić wszystko, że każdy problem jest do rozwiązania. Nie ma we mnie tego, co często spotyka się u kobiet, czyli bezradności, chęci wymigania się od cięższych prac, co nie oznacza, że czasami czuję się bezsilna. Po śmierci taty dostaliśmy z bratem trudną lekcję od losu. Po jego stracie nie było miejsca na bezradność. Z bratem mamy tylko siebie, jeśli wpadniemy w tarapaty, nikt inny nas z nich nie wyciągnie, dlatego czuję odpowiedzialność na sobie, by nie prowokować problemów. Czasami chciałabym rozłożyć ręce, zachować się jak typowa kobietka i powiedzieć: „ojej, co teraz?”. Nie mogę pozwolić sobie na takie zachowanie, może dlatego człowiek stał się twardszy niż powinien być… Summa summarum, uważam że to jest na plus. Dziś niewiele sytuacji może mnie osłabić.

Kobieta-skała?

Nie do końca, jestem wrażliwa na sztukę, w głębi duszy czuję się romantyczką, ale to widać po mnie tylko w domowym zaciszu, wśród przyjaciół. Na zewnątrz noszę swój pancerz. Zresztą, gdybym nie była w niego zaopatrzona, nie wystarczyłoby mi determinacji, by osiągnąć coś w sporcie, który jest niszowy. Do tego przez dziesięć lat słyszałam bez przerwy pytanie: kiedy dorównam bratu wynikami? Praca na sukces w takiej frustracji,sprawiła, że jestem jaka jestem. I nie jest mi z tym źle.

Przed śmiercią taty byłaś inna kobietą?

Tak. Kiedyś byłam dziewczynką, za którą stał tatuś, który wszystko za nią robił. Jak zaczęłam jeździć Misiem zaprzęgi, tata w tym czasie trenował na swoim dużym koniu i startował w zawodach. Widział, że dobrze mi szło, więc odstąpił mi swojego konia, żebym mogła zakwalifikować się do mistrzostw świata. To nie był łatwy koń w prowadzeniu. Jak nie chodził, jak chciałam, szłam do taty „opieprzyć” go, że co za trupa mi dał. W tej sytuacji, tata powinien strzelić mi w papę i powiedzieć, żebym wróciła, jak zmądrzeję, ale on zamiast tego wsiadał na konia, jeździł go, a ja jak księżniczka czekałam, aż mi go „zaprogramuje”. I tak zdobyłam swój pierwszy brązowy medal mistrzostw Polski. Tata dał mi konia 10 minut przed wjazdem na konkurs. Tamta ja to negatywna osoba, egoistyczna księżniczka Weronisia. Tata przez to, że darzył mnie ogromną miłością, pozwalał mi na zbyt dużo. Widziałam to, widziałam też to, że nie próbował mnie temperować. Byłam radykalna, nie liczyłam się z ludźmi, zadzierałam nosa. Po śmierci taty zrozumiałam, jak wiele w życiu pozytywnych rzeczy mi umykało, np. relacje międzyludzkie. Ojciec był dusza-człowiek, z każdym pogadał, do każdego się uśmiechnął, a ja tego nie robiłam, stałam odwrócona plecami, bo wydawało mi się, że takie kontakty są męczące. Byłam zamknięta. Po tej tragedii przyszły refleksje, które odmieniły mnie o 180 stopni. Proste rzeczy, jak codzienna życzliwość, stały się dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Za bardzo byłam skupiona na sobie zamiast na tym, czego mogę wartościowego nauczyć się od taty. Kiedy on chciał mnie czegoś uczyć, ja wykazywałam się ignorancją.

Z egoistycznej księżniczki zmieniłaś się w mądrą królową?

No nie wiem, czy tak jest… na pewno teraz bardziej analizuję swoje zachowanie, zaglądam w siebie, myślę o innych, doceniam to, co mam, a doświadczenie kieruje mnie naprzód.

Jak przejść przez taką rozpacz, która Was spotkała?

To oczywiście bardzo indywidualna sprawa. Przeżyłam to dzięki myśli, że nie mogę się załamać, że muszę iść dalej. Nie można usiąść i ryczeć – tego rodzaju postawa to najcenniejsze, co mi po tacie zostało. Proces przeżywania żałoby nie był łatwy. Przez trzy lata powtarzał mi się koszmarny sen. A śniło mi się, że tata dzwonił do mnie i mówił, że jednak żyje i że spotkamy się za jakiś czas. Budziłam się i za każdym razem ze łzami w oczach sprawdzałam w telefonie, czy była taka rozmowa, takie połączenie.  To chyba jest tęsknota i nigdy nie da się jej przejść do końca. Myślę o nim codziennie, a kiedy coś wygramy z bratem, to wiem, że byłby z nas dumny, a my chcielibyśmy mu za wszystko podziękować.

A dziś czujesz, że masz szczęście?

Momentami tak, bo czuję że dojrzałam do powożenia. Jak już mówiłam, zmieniłam się, doceniam to, co osiągam. Piąte miejsce na mistrzostwach świata, można powiedzieć, że dodało mi skrzydeł. Dzięki temu mam dużą motywację do pracy. Jednak przez większość życia czułam, że prześladował mnie pech, że zawsze trochę mi brakło punktów do miejsca na podium.

Gdyby ktoś mógł podglądać Cię przez okno twojego domu, to co by zobaczył?

Mało bywam w domu, trenuję konie, daję lekcje jazdy konnej, a zaocznie studiuję ekonomię. Zobaczyłby mnie pewnie na kanapie z laptopem na kolanach albo oglądającą telewizję. Jeszcze bez gromadki dzieci.

Chciałabyś tego dla siebie?

Kiedyś tak. Dotychczas byłam pochłonięta układaniem swoich wewnętrznych spraw, gonieniem siebie i na dzień dzisiejszy jest dobrze, czuję się ze sobą fajnie. Czuję też, że jestem otwarta na to, żeby zająć się prywatną stroną życia. Jestem świeżo po rozstaniu z moim narzeczonym. Ten związek był jednym z powodów niepokoju w moim życiu, okazało się, że mamy inne oczekiwania od siebie i życia.

Jakim słowem chciałabyś, żeby opisano Cię w przyszłości?

Weronika Kwiatek – kobieta… kompletna? Tak myślę.

Czego brakuje Ci dzisiaj do tej kompletności?

Bliskiej osoby u boku, a w przyszłości rodziny.

Jak lubisz być adorowana?

Lubię, jak jest to prawdziwe, bez fałszywej gry, z inteligentnym dowcipem i dystansem do siebie. Myślę, że ta ostatnia cecha jest wszystkim potrzebna w dzisiejszych czasach.

A Ty już masz ten dystans do siebie?

Na szczęście tak.

Oby ów dystans zbliżył Cię do tego, czego Ci brakuje.

Jestem na dobrej drodze, dzięki.

Fot. Anna Pawlak/Świat Koni

Komentarze (2)

LDK (niezarejestrowany)1 rok, 2 miesiące temu

super wywiad, gratuluje Weroniko

Fan (niezarejestrowany)1 rok, 2 miesiące temu

Gratulacje, prawdziwa Królowa powożenia ;P

Dodaj komentarz



Wciśnięcie przycisku poniżej jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu komentarzy.