Chochoł a polskie jeździectwo

Podróżnik | 16 lipca 2013

Chochoł a polskie jeździectwo

 Tuż przed weekendem, po słonecznym i upalnym tygodniu w piątek gwałtownie spadło ciśnienie i z czarnych chmur zaczął padać deszcz. Matka Natura w doskonały sposób zilustrowała mój nastrój po lekturze wiadomości o tym, że rusza śledztwo na temat dofinansowania z funduszy Ministerstwa Sportu i Turystyki ubiegłorocznego koncertu gwiazdy estrady, niejakiej Madonny.

REKLAMA

reklama


    Mój podły nastrój nie był wywołany samym faktem podjęcia owego śledztwa, bo nic mi do niego. Nie jestem ani członkiem, ani nawet sympatykiem jakiejkolwiek partii politycznej, (pozwolę sobie tutaj na sienkiewiczowskie odniesienie) zażarcie wyrywającej sobie „połeć czerwonego sukna”. Nie wywołała go też sama artystka, choć przyznać muszę, że prezentowany przez nią rodzaj estetyki daleki jest od klimatów które lubię. Wszakże, jak mawiali antyczni de gustibus non est disputandum.
    Czytając jednak doniesienia prasowe o owym śledztwie  uzmysłowiłem sobie, że otaczająca mnie rzeczywistość zaczyna coraz bardziej przypominać Mrożkowy absurd, a coraz mniej normalne funkcjonujące państwo. Ministerstwo sportu obcina fundusze przeznaczane na działania stricte sportowe gdzie się da i ile się da. Dzięki tej polityce ileś dyscyplin sportowych upadło już dzisiaj (pięciobój nowoczesny) a ileś zrobi to jutro. Tymczasem wyrwane ze sportu środki topione są w przedsięwzięcia nie mające nic wspólnego ze sportem. Nie wiem czy ktoś w samym Ministerstwie Sportu i Turystyki zrobił to celowo by napchać własne kieszenie, czy może też postępowanie to wynika z postępującego debilizmu pracowników tej nieszacownej instytucji.
    Wiem natomiast to, że w „państwie prawa” jakim ponoć jest już od dawna Polska, w jednym i drugim przypadku wszystkie osoby zamieszane w tą hucpę jeszcze w ubiegłym roku powinny zostać dyscyplinarnie zwolnione a szef resortu gdyby miał choć odrobinę przyzwoitości i honoru powinien zrezygnować i oddać się do dyspozycji prokuratury.
    Po niemal roku od wydarzenia, w którym pracownicy podlegli „pani minister” Joannie Mucha wyrzucili w błoto (a raczej do jakiejś konkretnej kieszeni) niemal 6 milionów na jeden koncert, szefowa tego całego bałaganu z podziwu godną lekkością szczebiocze do kamer i mikrofonów, że sprawy nie ma, bo na wszystkie te przekręty była zgoda Ministerstwa Finansów! Nie ma dla niej żadnego znaczenia, że te szwindle nie mają nic wspólnego ze SPORTEM, czyli tym czym powinna się zajmować. Pani ta nie wykazuje żadnego zainteresowania faktem, że pomniki głupoty jakimi są stadiony wybudowane ze społecznych pieniędzy przynoszą codziennie ogromne straty.     Chyba właśnie z tego powodu działalność tak zwanego Ministerstwa Sportu i Turystyki zajmuje się w istocie okradaniem sportu  i turystyki z czego się da, aby tylko dołożyć do prywatnych biznesów w stylu koncertu niejakiej Louise Veronici Ciccone czy innych, szemranych geszeftów.
    Jak donoszą media, tylko w tym roku do wrocławskiego stadionu trzeba było dołożyć 21 milionów! O Stadionie Narodowym nawet nie chcę myśleć, bo ciągła karuzela na stanowiskach prezesów czy firm zarządzających tą Narodową Skarbonką to kolejny powód do mnożenia ogromnych kosztów i napychania prywatnej kabzy.
    Zastanawiam dlaczego to mająca zajmować się ROZWOJEM polskiego sportu pani Joanna Mucha nie zleciła podległym jej urzędnikom zakupu biletów na imprezy sportowe? Jeśli brak znajomości spraw związanych ze sportem (co widać na każdym kroku) nie pozwala pani biorącej potężną pensję za pracę jako Minister Sportu i Turystyki na dokonanie wyboru na jakie imprezy mogłaby kupić bilety za kwotę 1 miliona i 600 tysięcy złotych, to chętnie podpowiem, że organizatorzy zawodów jeździeckich z pewnością się na nią nie obrażą za takie działanie.
    Piszę, że organizatorzy, bo szukając ucieczki od informacji o sposobie działania na szkodę sportu przez ekipę tak zwanego Ministerstwa Sportu i Turystyki, wszedłem jak zwykłem to robić co kilka dni, na stronę internetową Polskiego Związku Jeździeckiego. To co tam przeczytałem pozwala mi przypuszczać, że powierzenie tej kasy naszemu związkowi  byłoby podobną inwestycją co koncert Madonny.
    Do takiego wniosku skłonił mnie fakt, że właśnie tam z tytułem „ważna wiadomość” znalazłem anons, że PZJ poszukuje wolontariuszy. Ucieszyłem się, że nareszcie panowie z Lektykarskiej wzięli się za organiczną pracę od podstaw. Pomyślałem, że zapewne zaczną organizować sami zawody międzynarodowe, ogólnopolskie a może i nawet regionalne. Nareszcie pokażą jak powinny wyglądać takie imprezy zorganizowane i przeprowadzone we wzorcowy sposób. Jak wszyscy wiemy, bez wolontariatu tego zrobić się nie da.
    Niestety w miarę czytania zdawało mi się, że zanurzam się w Mrożku coraz głębiej. Po kolana, po pas, po barki … po czubek głowy …
    W listopadzie ubiegłego roku wolą stu delegatów z poszczególnych WZJ-tów został wybrany zupełnie, no prawie zupełnie, nowy Zarząd PZJ. U steru tego „okrętu” stanął człowiek spoza dotychczasowego układu wzajemnych powiązań. Nie uwikłany w zarobkową działalność w obszarze działania Związku. U jego boku na etacie wiceprezesa pojawił człowiek związany z marketingiem i z właśnie takim zakresem obowiązków. Pełen nadziei jak większość środowiska czekałem na sanację działania PZJ.
    Od zeszłego roku co jakiś czas pojawiają się informacje o tym co nowego marketing nowej władzy przyniesie. Śledzę z dużym zainteresowaniem te enuncjacje zamieszczane również na stronie internetowej Świata Koni. Trudno mi jednak patrząc wstecz doszukać się zbyt wielu konkretnych spraw. Jedną z nich jest nowe logo Związku, pozyskane ponoć bez kosztów. Czy jest dobre? Nie wiem. Nowe i kontrowersyjne z pewnością jest. Z kolejnych konkretów przeczytałem również, że działania marketingowe podjęte przez PZJ przyniosą do końca roku dodatkowy milion złotych do związkowej kasy. Tak właśnie jak przy okazji wprowadzania programu Rio Plus powiedział w wywiadzie prezes Abgarowicz. Wywiad ten został zamieszczony na stronie internetowej Świata Koni.
    Tymczasem w środowisku z którym mam w końcu codzienny kontakt zaczyna się formułować pytania. Coraz więcej pytań. Między innymi o to jaki był sens zatrudniania na etacie specjalisty od marketingu by potem zlecić te zadania zewnętrznej firmie? Czy po to by wybrać z listy działających w tym zakresie podmiotów jeden z nich, trzeba płacić comiesięczną pensję wiceprezesowi? Zapewne nie jest to pensja minimalna czy nawet równa średniej krajowej. Zapewne też jej wysokość objęta jest klauzulą tajności tak jak i comiesięczna gaża płacona zewnętrznej firmie marketingowej.
     A teraz jeszcze, by zdołować mnie jeszcze bardziej ów specjalista od marketingu, pewnie za namową zewnętrznego partnera, publicznie prosi by ktoś ich działkę zechciał za darmo w ramach wolontariatu obrabiać!!! Bo jak mam rozumieć poszukiwanie osób, które będą prowadzić:„kampanie promujące PZJ, działania fundrinsingowe (czyli zdobywania funduszy poprzez proszenie o wsparcie osób indywidualnych, firm, fundacji dobroczynnych lub instytucji rządowych i samorządowych.), redagowanie stron internetowych.”.
    Czyż nie płacimy wszyscy już za to i to podwójnie? Czy czasem zadania te to nie pole działania Zarządu PZJ? Czy w biurze PZJ nie ma osób, które zajmą się w ramach swojego 8-godzinnego dnia pracy „przygotowywaniem dokumentacji zawodów, prowadzeniem rankingów zawodów, tworzenie komunikatów z zawodów”. Czy zatrudnienie do tego celu jakiś czas temu redaktora Marka Szewczyka już nie wystarcza?
    Adresatami tego swoistego koncertu życzeń są osoby: „z wykształceniem wyższym (mile widziane kierunki marketing, reklama do Działu Marketingu Sportowego), z doświadczeniem w pracy – stażu w agencji reklamowej (Dział Marketingu Sportowego), cechujące się dobrą organizacją pracy,  komunikatywnością, umiejętnością pracy w zespole, umiejętnością obsługi komputera, umiejętnością pracy od presją czasu, zainteresowane jeździectwem, z dobrą znajomością języka angielskiego, wykazujące entuzjazm i kreatywność”.
Ciekawe jest też czym Zarząd  PZJ zamierza „zapłacić” za tak skromne wymagania i pracę w wymiarze: „Minimalny czas pracy to 8 godzin (poniedziałek-piątek)” ?
I ta informacja znalazła się w apelu zamieszczonym na stronie internetowej PZJ. Zapłata to: „umowa wolontariacka, referencje, wyjazdy na zawody na terenie Warszawy, gadżety PZJ”.
Gdyby ktoś, nie będąc fachowcem wielkiej klasy stwierdził, że jakby trochę to za mało, to jest też i haczyk wielkiego formatu: „Po okresie próbnym najlepszym wolontariuszom PZJ zaproponuje możliwość podjęcia pracy.”.
    Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem niezwykłej szczodrości naszego szefostwa.
Panowie prezesi, czy nie sądzicie, że środowisko już zatrudniło takie osoby w postaci składu Zarządu PZJ?!!! Czy zacytowany przez mnie ze strony internetowej PZJ zakres obowiązków TO NIE PRZYPADKIEM WASZ I PRACOWNIKÓW BIURA ZAKRES OBOWIĄZKÓW???
    Po napisaniu tego tekstu zamykam komputer i nie będą go włączał co najmniej przez tydzień, albo i może dwa tygodnie. Może kiedy to zrobię okaże się, że informacje, które skłoniły mnie do napisania tych uwag to był tylko mój senny koszmar. Może polska rzeczywistość jeździecka wcale nie zaczyna przypominać absurdalnego, „chocholego tańca"?

Komentarze (4)

konkuleje3 lata, 7 miesięcy temu

Ach...Wlasnie mialem o tym pisac.... Wyprzedzil mnie ..... 100% zgody w tym temacie.

koniarz (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

Również odbiło się mi się niesmakiem o tym wolontariacie z dużymi wymaganiami, a w zamian jakieś marne zawody w okolicy Warszawy. Nie chodzi chyba tylko o to, że PZJ słabo przędzie, ale komuś odpaliło. Ciekawe, czyj to jest pomysł, bo nie można, jak zwykle winić całej instytucji i przecież nie wszystkich winnych tego pomysłu? Po prostu feudałowie przyzwyczaili się do wyzysku swoich poddanych.

Ewa (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

"a mój mąż jest z zawodu dyrektorem".. hahahaha

Wiktoriusz3 lata, 7 miesięcy temu

Tytuł artykuł PZJ powinien być - PZJ poszukuje "Murzyna"

Dodaj komentarz



Wciśnięcie przycisku poniżej jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu komentarzy.