Więcej szczęścia niż rozumu

Agata Świerczek | 9 lipca 2013

Więcej szczęścia niż rozumu

Chodził mi po głowie pomysł na kolejny tekst. Tydzień temu, w sobotę rano, zaczęłam go nawet pisać. Miałam skończyć tego samego dnia po pracy. Nie przewidziałam jednak, że kiedy wrócę praktycznie nie będę w stanie się ruszać.

REKLAMA

Długo wahałam się z napisaniem o moim ostatnim upadku, bo pomijając poobdzierane do krwi i obite na sino ręce i złamany palec (czyli w zasadzie – nic wielkiego), przeżyłam go dość poważnie pod względem emocjonalnym. Wydarzenie to skłoniło mnie do refleksji nad tym, ile na co dzień ryzykujemy – jeźdźcy, instruktorzy – kiedy gubi nas „ułańska fantazja”. Gdy prowadzę jazdę, nie wspominając już o wyjazdach w teren, przede wszystkim zwracam uwagę na bezpieczeństwo jeżdżących: sprawdzam kaski, sugeruję kamizelki ochronne, nie zmuszam do skoków a często gęsto zabraniam galopować gdy widzę, że początkujący jeździec ma gorszy dzień. Dlaczego więc gdy sama wsiadam nagle wszystkie zasady których przestrzegam w pracy każdego dnia przestają mnie obowiązywać? Dobre pytanie. Jednakże, wygląda na to, że sobie go nie zadawałam gdy pojechałam na oklep do lasu, w okularach przeciwsłonecznych na włosach i bez kasku.
Wszystko mogło się skończyć dużo gorzej, z dzisiejszej perspektywy wiem, że mój palec, który teraz przypomina Krzywą Wieżę w Pizie (i pod względem kąta nachylenia, i pod względem objętości), jest tak naprawdę błahostką. Pierwsze o czym pomyślałam, kiedy spadłam, to jednak nie „jak dobrze, że chodzę” ale „co ja powiem moim dzieciom?”. Jak mogę dać im poczucie bezpieczeństwa na jeździe, skoro sama sobie nie jestem w stanie go zapewnić? W moim przypadku zgubiła mnie tego dnia mała wyobraźnia. Nie byłam odpowiedzialna za nikogo, za siebie też. Ale dostałam zimny prysznic, trzeba zacząć na siebie bardziej uważać. Nie mówię o rezygnacji ze skoków czy gonitw hubertusowych, ale zwykłym nieprowokowaniu bezmyślnością potencjalnie bardzo niebezpiecznych sytuacji.
Po tygodniu dochodzę już do siebie. Nadgarstki już działają, rany się zagoiły, zaczęłam rehabilitować ten nieszczęsny palec. Przy dobrym wietrze może za dwa tygodnie znowu wsiądę. Ale tym razem będę już ostrożna. Ostatnio wiele słyszałam o skutkach nieszczęśliwych upadków – znajoma znajomej, która spadła z młodego konia na podkłady kolejowe obok ujeżdżalni, ma wstawione płytki w ręce; moja serdeczna koleżanka, która po miesiącach leżenia i jeżdżenia na wózku dopiero zaczyna chodzić. Widocznie jednak musiałam spaść ten 101-wszy raz żeby uświadomić sobie, że kolejnym razem nie złamię sobie niczego bo zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby kolejnego razu nie było.

Komentarze (9)

Chiara (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

Ma Pani zupełną racje, bezpieczeństwo jest najważniejsze. Czasami nie zdajemy sb sprawy z tego i bezmyślnie wsiadamy. Osobiście jeżdżę już 5 rok, i dopiero niedawno zdecydowałam się wsiąść na konia bez toczka, było to dla mnie wielkie przeżycie, aczkolwiek koń ten jest już doświadczony i emerytem i na nim mogę sobie na to pozwolić. Lecz gdy wsiadam na jakiegokolwiek innego konia zawsze zwracam uwagę na toczek, bo głowa to podstawa.W stajni w której jeżdżę, bez toczka nie można było nawet na chwileczkę wsiąść na konia, nauczyli mnie, że zawsze trzeba go mieć na głowie i w końcu stało się to nawykiem, czy upał czy mróz zawsze jest na głowie, bo ten kawałek plastiku może nas uratować. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia :) I czekam z niecierpliwością na kolejny tekst :)

Kajotek (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

Chiara... Ja jeżdżę moim zdaniem bardzo krótko, bo dopiero 7 rok. I wiem, że nawet na najspokojniejszego konia na świecie nie wsiadłabym bez kasku. Na mojego własnego konia, którego znam od lat 6, znam jego każdy ruch też nigdy bez kasku nie wsiadam. Dla mnie jazda bez kasku to poprostu beztroska i brak odpowiedzialności...

Chiara (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

Kajotek... Ma Pani zupełną racje , jazda bez toczka/kasku to brak odpowiedzialności, aczkolwiek zdecydowałam się na ten krok po długich przemyśleniach świadoma skutków. Jazda bez toczka w moim przypadku na pewno nie wejdzie w nawyk, chodź jest to miłe uczucie. Osobiście uważam, że jeśli ktoś wsiada na konia bez toczka i wmawia innym że ufa mu na 100 % to jest to bzdura. Kocham konie ale wiem , że nigdy nie można im ufać w 100% bo to nadal zwierze. Dlatego jak widzę jakieś dziewczynki które jeżdżą bez toczka/ kasku i pełno komentarzy typu:"ale wy sobie ufacie" to troche chce mi się śmiać z tych ludzi, albo i płakać. Ufać można oczywiście, ale zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze, bo nawet najspokojniejszy koń może się czegoś wystraszyć

julka (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

jestem instruktorką jazdy konnej od kilku lat, i staram się dbać o bezpieczeństwo moich jeźdźców i koni na zajęciach. dość spora ilość dzieci oraz jedna osoba dorosła jeżdżą w kamizelkach. sama miałam 2 dość poważne upadki, jeden jakieś 7-8lat temu, kiedy to pięknie jak z procy wyleciałam do góry i po drodze do ziemi trafiłam na metalową barierkę. wtedy to było na młodym koniu, dopiero co zajeżdżanym i nie pomyślałam o tym żeby go wziąć na lonżę w momencie gdy spadła z niego wcześniej moja koleżanka. włączył mi się tryb "kozaka" i za wszelką cenę musiałam pokazać kto tu rządzi. szczęście w nieszczęściu że w chwili upadku kask na głowie był. drugi raz, jakiś rok temu spadłam z kucyka... owy kucyk chodził w szkółce pod dziećmi ale miał przerwę i trzeba go było ruszyć, wtedy mając w pamięci poprzedni wypadek wzięłam go najpierw na lonże i spuściłam parę. no a później wsiadłam, przykładam łydkę a ona mi dęba, kolejna łydka ona znów dęba i tak za którymś razem straciła równowagę w trakcie dęba i poleciała za mną na bok. wszystko byłoby ok gdyby później jeszcze po mnie nie przebiegła, dół pleców i ręka, niby to kuc ale trochę bolało...kask również miałam wtedy na głowie. jak wsiadam na konie które znam zawsze zakładam kask, no chyba że w trakcie zajęć, które prowadzę muszę wsiąść na konia to wtedy bez ale ma to miejsce bardzo, bardzo rzadko. dbam o swoje zdrowie i życie bo ma się je tylko jedno, a poza tym mam dla kogo żyć!

ewa (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

Spadlam raz w sposob 'nieodpowiedni'. Od tego czasu zawsze i nawet po instruktorze sprawdzam popreg i moge nawet zsiasc i jeszcze poprawic o 1cm jak trzeba. A poza tym, podczas upadku uderzylam rowniez glowa w piasek na padoku. Skonczylo sie na bolu glowy i potluczeniach utrudniajacych chodzenie przez 2 tygodnie. Àle tak jak do tej pory zawsze w kasku, bo tamten, juz zmieniony, albo uratowal mnie od wstrzasu mozgu albo od gorszej sytuacji... We Francji w klubie w ktorym sie ucze obowiazuje licencja z ubezpieczeniem kazdego czlonka klubu oraz ubezpieczenie OC wlasciciela klubu i to tez mi sie wydaje dobrym rozwiazaniem. Pozdrawiam

Megi (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

"często gęsto" ?! Stosowanie tego typu określeń nie wydaje dobrej opinii o piszącym.

Andora (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

To prawda . Konie to ekstremalny sport . PZU jak ubezpiecza kogoś kto chciałby sobie pojeździć konno na wyjeździe za granicą , to każe płacić jak za sport podwyższonego ryzyka .Uprawianie jeżdziectwa można porównać do ryzyka jazdy autem . Zawsze może nas coś zaskoczyć : można złapać gumę , mogą wysiąść hamulce , samochód może stanąć w najmniej odpowiednim miejscu , może nas ktoś staranować ,można przeoczyć zmianę świateł, może wyskoczyć jeleń itd itd . Tak samo jest z jeździectwem. Ułamek sekundy tworzy historię wypadku , kilka milimetrów i koń zahacza nogą o przeszkodę i jest upadek . Sama przypłaciłam zdrowiem swój spadek uwagi na jeździe. Trzeba być uważnym , przewidującym i zabezpieczonym . Konie oprócz pasji i miłości do nich to czysty hazard , gdzie wydajemy dużo pieniedzy i ryzykujemy zdrowie. Wszystkiego nie da się przewidzieć ale trzeba przewidywać możliwie najwięcej . Przykładów jest wiele : Jacek Wierzchowiecki doskonały zawodnik i upadek na niskiej szkolnej przeszkodzie . Ułamek sekundy , złe złożenie losu i niestety kalectwo , Jacek Daniluk już chyba nikt nie pamięta : bardzo utalentowany , świetny zawodnik WKKW poniósł śmierć na zawodach w Poznaniu .A ile jest kontuzji , które co prawda nie skutkują kalectwem ale odzywają się w miarę upływu życia , jak palec autorki w sumie złamany już nigdy nie będzie w 100% taki jak był. Mimo to najmniej wypadków mają sportowcy z górnej półki . Najbardziej jest ryzykownie przy nauce na nie przygotowanych koniach , z nieodpowiedzialnym instruktorem , który nie ma za dużo pojęcia ani o koniach , ani o jeżdzie , ani o zasadach bezpieczeństwa. Są tacy ( już coraz mniej ) trenerzy , hodowcy , instruktorzy którzy młodych , niedoświadczonych jeźdźców traktują jak mięso armatnie do zajeżdżania młodych koni , tudzież jeżdżenia na nich . Serce się kraje jak to się widzi . Fajnie że autorce przyszło do głowy żeby to napisać . Niby każdy wie ale warto przypominać bo tak łatwo wpaść w rutynę , luz a potem jest za późno . Ryzyko pociąga , sukces daje potężną porcję dobrego samopoczucia - jednak warto się powstrzymać od brawurowych i ryzykownych zachowań z koniem w tle . .

cavaliera3 lata, 7 miesięcy temu

O bezpieczeństwie powiedziano już sporo - jest bardzo ważne. Osobiście preferuję naukę jazdy (jestem instruktorem) w wydaniu bardzo bezpiecznym - dużo stępa, dużo lonży, dużo asekuracji i ogrom odpowiedzialności. Od początku uczulam i od początku wymagam myślenia o bezpieczeństwie swoim i konia. Ale co zrobić z "przeszkadzaczami" ? Zapewne każdy spotkał się z komentarzami: "ee, nie skacze bo się boi", "eee,nie galopuje bo pewnie nie umie", "po co ci kask, źle jeździsz?", itp Moim zdaniem są instruktorzy, trenerzy i jeźdźcy, którzy uważają, że "bez ryzyka nie ma zabawy". Uważają, że w sporcie konnym się spada i już. Kto jeździ asekuracyjnie to tchórz i niczego nie osiągnie. Często sami prowokują niebezpieczne sytuacje lub przez brak wyobraźni doprowadzają do groźnych zdarzeń. I nie przez chwilowy napad "ułańskiej fantazji" :) bo to się czasem każdemu zdarza. Często słyszę, że "latanie w terenie" jest wyznacznikiem zaawansowania jeździeckiego. Kto utrzymuje bardziej szalone tempo ten jest "lepszy". Kiedyś spotkałam człowieka. który jeździ tylko! tereny i tylko! stęp i galop. Na pytanie czemu tylko tereny - "bo ja dobrze jeżdżę a na ujeżdżalni się nudzę", a czemu tylko stęp i galop? - "bo koń lubi". ??? Z kolei inny trener bez ogródek chełpił się tym ile osób "wysłał do gipsu". Wiele osób zarzuca mi, że za bardzo wszystkiego pilnuję, że za mało jest galopad, za dużo asekuracji - że tak nikogo nie nauczę jeździć - ale ja lubię jak nikt nie spada i sama za spadaniem nie przepadam.

Karolina (niezarejestrowany)3 lata, 7 miesięcy temu

Jazda bez kasku w dzisiejszych czasach jest swoistego rodzaju bezmyślnością. W czasie kiedy ja zaczynałam swoją przygodę z końmi (a było to jakieś 20 lat temu) nie było dostępu do kasków, kamizelek, odblasków a jak były to trzeba było za nie słono zapłacić. Tak więc wraz z podnoszeniem umiejętności jazdy i poprawianiem własnej równowagi kask stopniowo odchodził w zapomnienie (do dziś nie mam własnego) [przy okazji było to w czasach kiedy ujeżdżenie trzeba było jeździć w cylindrach]. Dzisiaj jeżdżę bez kasku, kamizelek czy innego rodzaju zabezpieczeń i żyję i raczej rzadko zdarzają mi się upadki ALE nie potrafię przekonać się do tego, żeby kask na głowie mieć. Zdaję sobie sprawę, że jeżdżę w ten sposób na własne ryzyko i wiem z jakimi konsekwencjami się to wiąże. Nie ma to nic wspólnego z zaufaniem do koni które jeżdżę bo w 100% ufać im nigdy nie mogę ale po prostu z głupim przyzwyczajeniem! Dlatego apeluję do wszystkich, którzy zaczynają jeździć - wkładajcie kaski, odblaski, kamizelki - bo tylko wyrabiając w sobie te właściwe nawyki jesteście względnie bezpieczni koniu!

Dodaj komentarz



Wciśnięcie przycisku poniżej jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu komentarzy.